Nowe artykuły:
Desant ryczących automobili

Desant ryczących automobili

Są ich tysiące. Dziesiątki tysięcy. Na ulicach, chodnikach, zaułkach, podwórkach. Anektują każdą dostępną przestrzeń – i wciąż domagają się więcej. Swoją obecność zaznaczają dotkliwym smrodem, głośnym wyciem i piskiem opon. W ciągu ostatnich dziesięcioleci stały się tak naturalnym elementem pejzażu, że nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Bo czy możliwe jest miasto bez samochodów?

W naszym kraju jest to nie do pomyślenia. Przykłady dyktatu aut w przestrzeni publicznej można mnożyć. Ostatnio najbardziej uderzyła mnie historia rodem z łódzkiego Polesia. Mieszkańcy jednego z podwórek skrzyknęli się mianowicie przeciw inicjatywie Ośrodka Edukacji Ekologicznej Źródła, które postanowiło stworzyć w tej jednej z najbardziej nieprzyjaznych i ogołoconych z roślinności łódzkich dzielnic (wbrew temu, co sugeruje nazwa), niewielką enklawę zieleni. Sąsiedzi nie posiadają się z oburzenia, bo… mikroskopijny zielony skwerek zabiera jedno (!) cenne miejsce parkingowe. Mam też przykład z własnego podwórka (dosłownie), które obecnie poddawane jest generalnemu remontowi. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby nowo odzyskaną przestrzeń (do tej pory stanowiącą wielkie klepisko) przeznaczyć na coś innego niż parking. Emocje na spotkaniach wspólnoty generowały logistyczne problemy związane z tym, jak w najbardziej efektywny sposób na przestrzeni x zmieścić jak największą ilość aut, tak, żeby mogły bez problemu wymanewrować (nie obyło się bez seksistowskich uwag pod adresem niezbyt celnie parkujących pań). To, żeby na podwórku posiać trawę, posadzić drzewo czy zrobić piaskownicę, byłoby rzeczą nie do pomyślenia. Nie dlatego, że lokatorzy nie mają dzieci (mają), że nie lubią zieleni (pewnie lubią) albo marzą o warkocie i smrodzie wpadającym do ich okien (to byłaby już perwersja). Żyjemy po prostu w kulturze, w którym samochód jest absolutnym priorytetem – nowym bogiem, wokół którego kręci się świat. Próba naruszenia tego systemu uważana jest w najlepszym przypadku za ekstrawagancję, w najgorszym – za szkodliwe nowinkarstwo, które należy bezwzględnie tępić.

Tymczasem najbardziej nowatorskie projekty z obszaru zrównoważonej urbanistyki opierają się na rozwiązaniach, według których ruch samochodowy jest całkowicie wycofany z głównych arterii miejskich. Ocienione zielenią bulwary służą tylko pieszym i rowerzystom. Na dłuższe odległości po mieście przemieszczamy się elektryczną kolejką. Tak radykalne rozwiązania to jeszcze póki co pieśń przyszłości (choć zaczynają być już realizowane, np. w szwajcarskim Zermatt), ale celowe utrudnienia dla ruchu samochodowego wprowadza się w coraz większej ilości miast europejskich, takich jak Paryż, Londyn czy Kopenhaga. Za wjazd autem do centrum wielu z nich trzeba uiścić specjalne myto, coraz więcej ulic jest zamykanych dla pojazdów silnikowych, a pozostałe gęsto wysadza się drzewami, co znacznie zmniejsza ilość miejsc parkingowych (tak, w Paryżu jest to atutem!). Jeszcze odważniej poczynają sobie władze Seulu, które postanowiły odkopać rzekę, jaką w latach sześćdziesiątych zakryto kilkupasmową przelotówką.  Teraz na miejscu smrodliwej arterii znajduje się przyjazna przestrzeń nad wodą, otoczona zielenią. Tak, napiszę to jeszcze raz: zamknięto jedną z najbardziej ruchliwych ulic wielomilionowej stolicy Korei Południowej po to, żeby stworzyć w tym miejscu park nad rzeką! Oczyma wyobraźni widzę, jak np. prezydent Warszawy podejmuje decyzję o likwidacji Wybrzeża Kościuszkowskiego, żeby przeznaczyć ten teren na budowę rozległych, ocienionych bulwarów nad Wisłą. Protesty wokół ACTA bledną przy tym, co mogłoby się wtedy wydarzyć. Toż to zamach na podstawowe prawa obywateli!

W Polsce, kraju dość sprawnie rozwijającym się ekonomicznie, ale wciąż mocno zapóźnionym pod względem kulturowym i mentalnym, to wciąż nie do pomyślenia. To nie Dania czy Holandia, gdzie codziennie setki urzędników i przedsiębiorców dojeżdżają do pracy na rowerach. Posiadanie samochodu – a najlepiej dwóch – i codzienne przebijanie się nim przez miasto (nawet okupione wrzodami spowodowanymi uwięzieniem we wszechobecnych korkach) to wciąż symbol społecznego statusu. W tramwajach, autobusach i metrze tłoczy się plebs, rower to gadżet odpowiedni dla młodzieży. Aspirujący przedstawiciel/przedstawicielka klasy średniej prędzej umrze niż pożegna się ze swoim czterokołowcem. Oczywiście niewielu przyznaje się przy tym do snobistycznych źródeł swojego przyzwyczajenia. Jak to zazwyczaj bywa, konieczna jest racjonalizacja objawiająca się podawaniem setek „niepodważalnych” powodów, dla których rezygnacja, lub chociażby ograniczenie używania auta jawi się jako zadanie przewyższające zdobycie Mount Everestu. Samochód po prostu jest, i już. Problemy z jego swobodnym używaniem (kilkudniowy pobyt w serwisie, roboty drogowe, nie mówiąc już o takich szaleństwach, jak stworzenie deptaku lub inne ograniczenie samochodowej „złotej wolności”) urastają do rangi katastrofy uniemożliwiającej swobodne funkcjonowanie jednostki.

Nie zamierzam przy tym deprecjonować realnych problemów, z którymi zderza się idea zrównoważonego transportu w polskich miastach. Fatalny system komunikacji zbiorowej, nieliczna ilość buspasów i ścieżek rowerowych, dyskryminujące rowerzystów prawodawstwo, brak sprawnie działającego systemu rowerów miejskich – te niewątpliwie palące kwestie mogą skutecznie zniechęcić do rezygnacji z używania z czterech kółek. Jednak trudno oprzeć się podejrzeniu, że nawet gdyby usunąć wszystkie obiektywne problemy transportowe, większość wielkomiejskiej klasy średniej i tak dusiłoby się w swoich ryczących automobilach. Niestety, pod względem świadomości ekologicznej nadal jesteśmy trzecim światem.

Artykuł przedrukowany z bloga Autorki, za jej zgodą.

Comments

comments

About The Author

http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/27255b41a9cf7a922dbcef24cf20b4fa.jpg

Autorka jest animatorką kultury, aktywistką i edukatorką ekologiczną, a także łodzianką. Interesuje się refleksją posthumanistyczną w kulturze (zwłaszcza w kontekście praw zwierząt), alternatywnymi rozwiązaniami w obszarze projektowania, ekonomii i relacji społecznych oraz działaniami artystycznymi w przestrzeni miejskiej. Na co dzień pracuje jako koordynatorka projektów w branży filmowej, po godzinach m.in. działa w łódzkiej kooperatywie spożywczej, znajduje domy dla bezdomnych kotów, zajmuje się redesignem mebli i podróżami.

Related posts

1 Comment

  1. http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/1f0e3dad99908345f7439f8ffabdffc4.jpg
    Aleksandra Pozniak-Wolodzko

    Najgorsze jest to, że kiedy idzie się pieszo przez miasto, albo gdy jedzie się rowerem, otacza nas hałas, kurz i smród, a kiedy jedzie się samochodem jest filtracja, klimatyzacja, muzyka i ciepło. Ponadto piechur, albo rowerzysta na jezdni nie ma żadnych szans w konfrontacji z ryczącym automobilem. Albo jest się w samochodzie, albo jest się ofiarą samochodów.

    Reply

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *