Nowe artykuły:
Istota kobiecej rewolucji

Istota kobiecej rewolucji

Refleksje po czarnym marszu.

I.

Czarny marsz kobiet był jednym z tych cudownych wydarzeń, których się nie spodziewamy, a które w mgnieniu oka dokonują radykalnego skoku w świadomości zbiorowej. Po tym marszu już nic (co związane z obecnością kobiet w przestrzeni społecznej) nie będzie takie samo. Można powiedzieć (parafrazując y Gasseta) kobiety wkroczyły do historii (społeczeństwa polskiego).

Mimo wszystko panuje pewien chaos myślowy w zakresie tego, jakie przesłanie można wyczytać z ich strajku i marszów w całej Polsce. Naturalnie, interpretacji może być tu wiele. Ja budują moją w duchu progresywnych konsekwencji, bardziej egzystencjalnych, niż społeczno – politycznych.

A zatem –

Co stało się przesłaniem kobiet? Ja rozumiem je tak: 

• chcemy, aby społeczeństwo uznało, że kwestia tworzenia życia w ciele kobiety jest sprawą tak intymną, że prawa stanowione przez państwo nie mogą w nią wkraczać. To sfera zarezerwowana tylko dla sumienia kobiety, jej odczuć własnego ciała. To jest (zaproponowana przez kobiety) reguła intymności.

• W związku z powyższym – ta najintymniejsza dla nas sprawa musi być pozostawiona do decyzji kobiecie (ew. wraz z jej partnerem). Państwo powinno współpracować z kobietą, otaczać ją opieką (medyczną, psychologiczną), ale nie może wywierać w tej sferze na niej presji. Każda kobieta – jako dojrzały człowiek – jest wolna w swojej decyzji co do tego czy jest w stanie podtrzymać zalążek życia (zygota, zarodek, płód), czy też nie. To reguła wolności.

• Kobiety powiedziały też: owszem zarodek jest ważny, ale to my – nasze zdrowie, życie – jest ważniejsze. Każda kobieta jest człowiekiem pełnym, a zarodek jest człowiekiem tylko potencjalnie. Należy dbać o jego dobro, ale nie można przedkładać tego ponad dobrostan dojrzałego człowieka. Kobieta jest tu zawsze podmiotem. To reguła prymatu kobiety.

• Pośrednio też kobiety powiedziały: jesteśmy różne: jedne z nas chcą pełnych praw w zakresie decyzji aborcyjnej, a inne – tylko w pewnym zakresie. Ale razem protestując pokazujemy, że umiemy razem współpracować. Reguła różnorodności.

• Społeczeństwo nie może świętoszkowato zamykać się na wiedzę o regułach funkcjonowania ciała kobiety, prawach rozwoju płodu, czy ludzkiej seksualności. Im więcej byłoby o tym wiedzy w społeczeństwie (w tym: w szkole), tym mniej byłoby niechcianych ciąż i powodów do aborcji. Reguła wiedzy.

Te reguły z grubsza stanowią średnią postulatów wszystkich protestujących kobiet. Zastanówmy się: czego naprawdę potrzeba, aby na trwałe stały się one naszą rzeczywistością?

W ramach ruchu kobiecego ścierają się dwa podejścia:

• Doraźne – chodzi o obalenie ustawy „Stop aborcji” Ordo Iuris (co się dokonało), ewentualnie kolejnych ultra-restrykcyjnych ustaw, które PIS z pewnością znowu przedłoży.

• Strategiczne – w tym podejściu kobiety zdają sobie sprawę, że prawa reprodukcyjne są częścią znacznie większego problemu: praw kobiet w ogóle. Bez zmiany całego modelu wpływającego na te prawa, nie ma szans na trwałe zagwarantowanie praw reprodukcyjnych, w tym także prawa do przerywania ciąży – zgodnie z wolnością i sumieniem samej kobiety

W tym artykule w ogóle nie rozważam konsekwencji walki o obalenie tej lub innych ustaw antyaborcyjnych. Jest dla mnie jasne, że to podejście niewiele zmieni. Owszem biskupi (bo oni są prawdziwym adresatem protestów; PIS i Ordo Iuris to tylko ich narzędzia) może złagodzą co nieco w kolejnych proponowanych ustawach (karanie kobiet, może dopuszczą aborcję z gwałtu). Ale nawet po 5 marszach nie cofną się znacząco. A to dlatego, że tworzenie tych nieludzkich ustaw wynika z istoty patriarchalno – hierarchicznego systemu (paradygmatu) dyktującego ich działania. W artykule tym przyglądam mu się bliżej. Udowadniam także, że bez jego obalenia – nie ma szans na trwałe uregulowanie praw kobiet.

II.

Każdy kto naprawdę chce właściwie ująć sytuacje kobiet w Polsce musi zdać sobie sprawę, że mimo oficjalnych deklaracji, wielu zapisów prawnych, tak naprawdę zderzają się one z systemem społeczno – kulturowym (system organizacji życia), który – na wszystkich poziomach tegoż życia – jest sprzeczny z ich godnością i naturą. Zarazem ten właśnie system decyduje m. in. o nieprzyjaznych prawach i ustawach, o których tu mówimy. Mam na myśli system – jawnej i ukrytej – dominacji (ultrakonserwatywnego kręgu) mężczyzn kontrolujących kobiety (całe społeczeństwo) za pośrednictwem potężnych instytucji, które (metodami „twardymi” i „miękkimi”) wymuszają panowanie autorytarno – hierarchicznego modelu społeczeństwa (mimo deklarowanej „nowoczesności” w niektórych pobocznych sferach). Dzięki niemu mogą w centrum świadomości społecznej wciąż od nowa restytuować narodowo-katolicką (ultrakonserwatywną) koncepcję rozumienia świata (zob. mentagram konserwosów), wynikającą z tego obyczajowość (habitus), moralność, narodowe tradycje itp. – czyli podstawowe oprogramowanie mentalne społeczeństwa (mentagram). Mówię tu, rzecz jasna, o oligarchii kościelno – politycznej (obecnie we wcieleniu pisowskim), która kontynuuje (obecny w różnych mutacjach od stuleci) model autorytarnego zarządzania społeczeństwem.

Przyjrzyjmy się bliżej temu systemowi – w aspekcie praw kobiet. Powstał on wieki temu (kontreformacja), mimo, że został znacznie od tego czasu złagodzony, wciąż niesie w sobie dawnego ducha. A chodzi w nim nie o nowoczesną emancypację, tj. wolność samostanowienia i rozwoju każdego człowieka, ale – przeciwnie – o stałą kontrolę (paternalizm) praktycznie całego społeczeństwa (uważają oni, że tzw. „lud” z powodu swej wrodzonej „grzeszności” nie dojrzał do samodzielności). Co daje im do tego prawo? Skonstruowany przez nich przed wiekami koncept (zestaw obrazów i historyjek) boga (w istocie nie jest on klarowny, mamy tu figury: „Pan Jezus”, „Matka Boska”, a ostatnio: „Jan Paweł II” (sic!)), którym szafują według potrzeb. Co ciekawe – jak sami głoszą – wiedzą czego ten bóg oczekuje od ludzi. Sprowadza się to zawsze do posłuszeństwa wobec nich (Kościoła, władzy) oraz reguł (praw, obyczajów, wzorców), które dyktują społeczeństwu. Poszczególny człowiek nie może próbować samodzielnie dążyć do samorealizacji, bo – jako jednostka obciążona „grzechem pierworodnym”, wrodzoną niedoskonałością, słabością ciała i ducha nie jest do tego zdolny. Musi zatem podporządkować się „odwiecznym prawom”, tj. porządkowi który Kościół wraz z władzą wymusza. Na czym polega ten „naturalny” porządek, a no na tym, że są „naturalne hierarchie” w społeczeństwie, których trzeba bezwzględnie przestrzegać. Na szczycie stoi bóg, potem udziela on łaski i mądrości jego przedstawicielom na ziemi – księżom, oni zaś udzielają jej władcom, ci – ich wasalom i tak dalej. Księża, mężczyźni, sprawujący władzę, ludzie bogaci, wpływowi – są zawsze wyżej; kobiety – są zawsze najniżej. Nie wolno, rzecz jasna, zmieniać tego „naturalnego porządku”, „bo to sam bóg go ustanowił”.

Dodatkowo, system wzmacniany jest poprzez, wypracowane od stuleci, bezpieczniki. Najważniejsze z nich to, wpajane nam w dzieciństwie, poczucie winy („grzeszność”), strachu wobec życia i możliwości, które ono stwarza, z czego płynie poczucie osobistej bezsilności, braku mocy w dążeniu do rozwinięcia pełni swojej osobowości („z prochu powstałeś….”). A także utrzymywanie nas w postawie bierności, niewiary we własne siły, strachu przed zmianami, nieodpowiedzialności za swoje otoczenie i innych ludzi, a ostatnio: wręcz nienawiść do innych, obcych itp. Wszystko to wzmacnia jeszcze współczesna szkoła i wszystkie instytucje państwowe (człowiek jest w nich praktycznie pozbawionym osobistej tożsamości „przedmiotem”), na które oligarcha katolicka uzyskała wzmożony wpływ.

Zaprojektowany dla nas system – na poziomie odczuć psychicznych i egzystencjalnych – polega na ciągłym zmaganiu się z naszymi faktycznymi potrzebami, realiami, w które nas wrzucono. Z konieczności miotamy się w ciągłym niepokoju, dyskomforcie, stresie. Tak, zauważmy – kategoria „radości („piękna”) życia” – praktycznie nie istnieje w naszej świadomości społecznej (od wieków). A zamiast tego słyszymy tylko o obowiązkach (wobec boga, księży, ojczyzny, narodu itp.); słyszymy o zakazach, nakazach, tradycjach, zwyczajach, które zawsze są „święte”, „naturalne”, „konieczne”… Czy kiedykolwiek – Czytelniku – w kościele, czy instytucji wychowania publicznego spotkałeś_aś się z przekazaniem, iż masz fundamentalne obowiązki wobec siebie, tj, aby wzmocnić na tyle swoja świadomość, żeby nie ulegać zewnętrznym wpływom; aby bezwzględnie być wolnym i szczęśliwym; aby żyć pełnią życia..?! Nie sądzę.

W rezultacie – w aspekcie podstawowego oprogramowania świadomości społecznej – żyjemy w Polsce wciąż w archaicznym (przednowoczesnym)  modelu życiowym (pomijam nowoczesne „nakładki” infrastrukturalne), z którego – ze względu na szczególnie mocne wpływy oligarchii katolickiej – nigdy nie udało nam się wyzwolić (jak zrobiła to większość narodów europejskich, często już przed wiekami!). My wciąż akceptujemy sytuację, w której księża, politycy lub inne „autorytety” dyktują nam nie tylko obiektywne prawa państwowe, ale w ogóle najdrobniejsze nawet kwestie moralne, obyczajowe, światopoglądowe. Nie dorobiliśmy się w centrum społecznym silnej elity, która byłaby wolna od paternalistycznych wpływów oraz pokusy cynicznego wykorzystywania Kościoła dla swoich politycznych korzyści. Mam na myśli ludzi samosterownych, wewnętrznie wolnych i na tyle dojrzałych, aby odrzucić wszystko co blokuje indywidualny i społeczny rozwój (archaiczny model realizowania ludzkiego życia). Wolimy ciągłe „bezpieczne” poddaństwo, życie w zamkniętym kontenerze ściśle zdefiniowanych (dopuszczonych do użytku) figur myśli i figur życia, niż osobisty wysiłek zdefiniowania własnego szczęścia i własnej drogi życiowej – niezależnie od wrogich nam (a w konsekwencji – naszemu państwu) instytucji i pajęczyny jej wpływów, którymi szczelnie oplotła każdy aspekt naszego życia (społecznego, ale i indywidualnego). W tym sensie – nowoczesność, czyli system, w którym każdy ma otwartą przestrzeń dla dobrowolnego zapełnienia jej własnymi wyborami, marzeniami, dążeniami; w którym instytucje, władze itp. nie zniewalają ludzi, ale im służą pomocą – dopiero przed nami!

Warto zauważyć, że szczególny smutek budzi fakt, że kolejne pokolenia kobiet w zasadzie bez protestów godzi się na funkcjonowanie w ramach tego systemu. Ba! jakże wiele kobiet jeszcze go broni. Uległość, bezsilność stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że akceptują reguły życia, które odbierają im godność, wolność i rozwój własnej natury. W tych realiach – nie widzę żadnej szansy na realizację, wymienionych na wstępie, reguł kobiecej wolności, sformułowanych podczas strajku \ marszów.

III.

Przyjrzyjmy się jeszcze jak oligarchia katolicka realizuje zniewolenie kobiet w odniesieniu do spraw reprodukcyjnych? Tutaj posługują się dwoma głównymi fugami.

1. Figura „świętości życia” – cała propaganda skupiona zostaje na przekonaniu kobiety, że zarodek utworzony w ich ciałach (będący właściwie ich częścią) jest ważniejszy od nich samych; że w związku z tym, muszą zawsze poświęcać swoje wybory życiowe, a nawet zdrowie i życie – dla rozwoju tego zarodka. A wszystko ze względu na religijny dogmat o „świętości życia”. Tu trzeba od razu pokreślić, że dogmat ten jest wynikiem aberracji myślowej, wynikającego z tego, że (świadomie lub nie) myli się kategorie: „człowiek faktyczny” (byt zrealizowany co do swoich potencji), oraz „człowiek czysto potencjalny”, tj. będący zespołem czystych możliwości, co faktycznie oznacza: nie będący jeszcze człowiekiem, ale tylko fizyczną podstawą, na bazie której człowiek może się – w przyszłości – ukształtować. Na tej pomyłce żerują fundamentaliści katoliccy i wszelkiej maści konserwatyści. A jest to dziwne, bowiem już w średniowieczu największy katolicki ojciec kościoła, św. Tomasz, uważał, że zarodek to tylko twór będący tylko zespołem możliwości stania się człowiekiem, a nie byt zrealizowany w tych możliwościach (jak dojrzała kobieta). W związku z czym uważał, że do ok. 12 tygodnia można bez oskarżenia o „dzieciobójstwo” przerwać byt tej czystej potencjalności, bez straty dla jego człowieczeństwa. Nie rozwijam tego wątku, bo trzeba by wejść w świat psycho-patologii konserwatywnego myślenia, a nie o to mi tu teraz chodzi.

2. Figura „niedojrzałości kobiety”. Wg niego kobieta rzekomo nie jest człowiekiem w pełni dojrzałym. A do tego jej zmysłowość sprawia, że nie jest w stanie samodzielnie przestrzegać „koniecznych norm” W interesującej nas sprawie, oznacza to, że nie jest zdolna do decydowania w pełni o sobie, zarodkach, dziecku i całym procesie rozrodczym. To pozwala konserwatystom głosić konieczność regulowania prawnego relacji kobiety z jej ciałem i zarodkiem, który się w niej rozwija (wszak jako istota niedojrzała nie jest w stanie pojąć, że „zarodek ten jest ważniejszy, niż ona sama” 😉 ). Ale to też sprawia, że w modelu katolickim, to mężczyzna jest głową rodziny („Bóg pragnie, by ojciec w rodzinie był jakby odbiciem Jego samego”), co jest bardzo często, w tzw. praktyce, podstawą gehenny życiowej kobiet, określanej jako „piekło kobiet”. Nie rozwijam tego, bo to bardzo obszerny temat, wielokrotnie opisany przez same kobiety. Tak czy inaczej model ten choć głoszony niejawnie, (jak jeszcze sto lat temu), to jest na tyle skuteczny w mechanizmach podskórnej propagandy i opresyjności, do tego stopnia, że nawet bez mówienia o nim – wiele kobiet wciąż „dobrowolnie” go wspiera.

Tu dygresja. Moim zdaniem pierwsza faza swoistego buntu kobiet, którą obecnie obserwujemy jakąś formą rozładowania napięcia, które powstało w tysiącach, najbardziej świadomych kobiet; napięcia spowodowanego znajomością europejskich realiów i faktycznych potrzeb, a obskuranckimi realiami katolickiego modelu życiowego. Przy okazji manifestują swoją zupełnie inną (skrywaną przed męskim światem) „kobiecą kulturę”, czyli zestaw właściwych tylko kobietom tropów myślowych, wzorców zachowań (psycho-habitus). Jako mężczyzna nie mam wglądu w jego istotę, ale gołym okiem widać, ze uwolniona kobieca natura i kultura – nie mieści się w smutnym gorsecie opresyjności męskich instytucji (kościół, władza, biurokracja).

IV.

Pora na moją tezę główną: postulaty kobiet (i w ogóle problem praw kobiet) należy rozpatrywać jedynie na tle panującego obecnie w Polsce paternalistycznego, pełnego mizogini modelu katolickiego. Jest dla mnie jasne, że póki go nie obalimy, póty nie ma szans nawet na pomyślenie o prawach kobiet. Model równości płci i wolności kobiety w wyborze własnej drogi, decydowania o swoim ciele – jest w ogóle nie do pomyślenia przez oligarchię katolicką (i wielką sieć jej wasali, w tym kobiet). Wykracza on nie tylko poza możliwość zgody na niego, ale w ogóle zasadniczego zrozumienia go! (patrz: reguła paternalistyczna, niedojrzałość kobiety) Tylko zatem stanowcza rewolucja emancypacyjna, trwałe ustanowienie w Polsce reguł liberalnej nowoczesności, może utworzyć drogę do przyznania kobietom pełni praw. Walka kobiet w Polsce musi być zatem częścią wielkiego ruchu progresywnego, ruchu na rzecz dojrzałości intelektualnej (kierowanie się najnowszą wiedzą), wolności człowieka, prawa do samostanowienia (samorealizacji), neutralności światopoglądowej państwa, faktycznej równości wszystkich obywateli itp.

Dlatego – drogie kobiety \ dziewczyny – nie powinniście walczyć tylko z tą lub inną opresyjną ustawą. bo to niewiele zmieni (po jednaj ustawie przyjdą inne…); swoim strajkiem i marszem wywołałyście znacznie poważniejszą sprawę: problem głębokiego modelu życia nas wszystkich w tym kraju. Chodzi o to czy nadal będziemy milcząco akceptować – ostatnio jeszcze przybierający na sile – system społeczno – kulturowego zniewolenia, wciąż silnie obecny w głównym nurcie polskiego życia; czy odeślemy go do lamusa historii (gdzie jego miejsce co najmniej od czasów zaborów!) i zastąpimy go nowoczesnym (i post-nowoczesnym) modelem życia służącym zarówno kobietom, jak i mężczyznom; modelem opartym na otwartości, przyjazności, współpracy, radości i samorealizacji, czyli modelem progresywnego humanizmu. Moim zdaniem, odrzucenie go – oto stawka waszej rewolucji!

Chciałem napisać tu jeszcze o tym jak ten bunt kobiet powinien się przekładać na postulaty zmian w państwie, ale to by niepomiernie wydłużyło i tak dość długie moje rozważania. Powiem więc jeszcze tylko to, że aby naprawdę przeprowadzić tę kobiecą rewolucję kulturową w naszym, powinna powstać jakaś silna znacząca organizacja, łącząca progresywne organizacje kobiece, ale też progresywne organizacje jako takie. Nie wiem czy powinna to być partia, czy stowarzyszenie, czy inny twór (to do dyskusji). Ważne jest jednak, aby organizacja ta zaproponowała nie-męski model działania, tj. oparty na dyktacie przewodniczącego-wodza i jego bezmyślnych, bezwolnych żołnierzy. Zamiast tego, niech będzie to twór wielowątkowy, różnorodny, elastycznie reagujący na ciągłe zmiany, działający bardziej horyzontalnie, niż wertykalnie. Organizacja ta powinna także zaproponować nowy model działania. Moim zdaniem świetnym zalążkiem byłby program powszechnie przeprowadzanych debat o jakości naszego życia w tym kraju. Trzeba by zadać pytania Polakom nie o PKB i wzrost gospodarczy, ale o to: co czyni nas szczęśliwymi, a co nie; co nam naprawdę służy (mówiąc bez obaw, szykan i schematów myślowych), a co jest wrogie naszej naturze. A także: jak lepiej urządzić nasz kraj? Jakie powinniśmy mieć rozwiązania, aby żyć w tym kraju bezpiecznie, zdrowo, radośnie? Co zrobić, aby każda Polka i Polak czuł się w naszym kraju dobrze?

Z tego z pewnością zrodzi się zupełnie nowy program przebudowy naszego kraju; program budowany przez wyzwolonych z opresji konserwatywnej nowych Polaków – kobiet i mężczyzn.

Pora na progresywne zmiany naszego kraju!

Rewolucja jest kobietą!

Comments

comments

About The Author

Innowator. Ukończył studia na Wydziale Filozoficznym KUL; stypendysta u prof. Leszka Kołakowskiego na University of Oxford. Ukończył także studia podyplomowe: Zarządzanie Finansami i Inwestycje Finansowe na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu oraz Public Relations w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią miasta, architektury (w ramach think-tanku BioCity Project) oraz trendami rozwojowymi w kulturze i cywilizacji, prowadzącymi do zmiany panujących paradygmatów. Także właściciel innowacyjnej agencji konsultingu terytorialnego: Metamorphosis Innova City. W jej ramach zaprojektował i wdrożył kilkanaście innowacyjnych marek i strategii terytorialnych dla wielu polskich miast, w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju i deliberacji społecznej. Współzarządzający Fundacją Nowej Kultury. Redaktor portalu progg.eu Napisz do mnie

Related posts

2 Comments

  1. Kat

    Rząd to komunizm ale tutaj to co piszesz to komunizm też. „Państwo powinno” – państwo nic nie powinno. Razem z wolnością przychodzi odpowiedzialność, nie można mieć tylko jednego. Zakaz aborcji to domena państwa totalitarnego, ale to o czym piszesz również. Warto by się nad tym zastanwoić.

    Reply
    1. Alexander Sikora

      Droga Kat, nie wiem skąd wzięłaś sformułowanie „rząd to komunizm”, ale chyba jednak nie przemyślałaś tego stwierdzenia. Wybacz, ale ono zwyczajnie jest bez sensu. Ciekawy byłbym także kwestii co w moim artykule jest „komunistycznego” – możesz rozwinąć wątek.. 🙂

      Reply

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *