17. 12. 2018

Nowe artykuły:
Kościół katolicki – zbudowany na naszym strachu…

Kościół katolicki – zbudowany na naszym strachu…

Wierzę w boga, a nie w Kościół…
Znacie to? Na pewno.

W najbliższych tygodniach to zdanie zapewne padnie wiele razy w dyskusjach o filmie „Kler”. Twórcy tego filmu zapewniają zresztą gdzie mogą, że nie chodzi wcale o walkę z religią ani Kościołem nawet, ale z patologią w tymże. Czyli, że nic się nie zmieni. Szkoda, bo Kościół nie byłby wstanie robić wszystkich obrzydliwości, o których wszyscy wiedzą od zawsze, że robi, gdyby nie wiara, dająca przyzwolenie nawet na takie zachowania, jak świadome oddawanie własnych dzieci w ręce kapłana-pedofila.

Bo źródłem zła, które Kościół wywołuje na całym świecie (i nie chodzi tylko o pedofilię przecież) jest ta wyjątkowa, feudalna relacja pomiędzy nim a poddanymi: ludźmi wierzącymi. Te całe „owieczki” i „pasterz”… W ogóle jak to możliwe, że ktokolwiek mógłby dobrowolnie znajdować się w takim układzie i nie czuć dyskomfortu? Może dlatego, że człowiek wierzący „żyje w świecie walki mocy piekielnych z mocami jasności, wojny, w której obie strony, choć nie z tego świata, manifestują się w realu. W pewnym sensie niedaleko mu więc do schizofrenika.” [1]

Dla ateisty jest to sprawa wprost nie do ogarnięcia: mówimy o dorosłych ludziach, którzy są w stanie obsługiwać współczesną technologię, znajdować się w skomplikowanej rzeczywistości finansowej i w ogóle funkcjonować, nie przewracać się co chwila o własne sznurówki (co wymaga jednak pewnej dozy racjonalizmu), a z drugiej strony, zupełnie serio funkcjonują w magicznym świecie w stylu „Władcy Pierścieni”, gdzie demony i archanioły nawalają się mieczami świetlnymi. Tych ludzi w trasie prowadzi GPS, ale wolne miejsce parkingowe znajduje im Święty Krzysztof [2].

W tej wojnie dobra ze złem, rozumianej jako zmagania wyimaginowanych armii elfów i orków, można być tylko po jednej stronie, i mając wybór czy jest to wężowe gniazdo Szatana, czy, nawet ułomny i grzeszny, Kościół, ludzie wierzący wybiorą to drugie. I żadna ilość potworności dokonywanych na dzieciach, żadne cierpienia kobiet mających donosić patologiczną ciążę, nic nie zmieni tego wyboru, bo po drugiej stronie jest Armagedon, o którym nam, ateistom, nawet się nie śniło. Więc przyjmijmy tę pedofilię z godnością, bo może być znacznie gorzej. A my, wilki nie ludzie, temu Kościołowi, co nas przed Złem chroni, jeszcze belki z jego oka pod nogi wrzucamy.

I co z tego, że Kościół w kwestii tego, o czym tak ochoczo się wypowiada, czyli czynieniu dobra, jest zupełnie bezużyteczny? No bo pomyślmy chwilę o zdobyczach społecznych cywilizacji i jaki wkład w ich uzyskaniu ma Kościół: prawa człowieka, demokracja, masowa edukacja wolna od indoktrynacji, tolerancja, zakaz zatrudniania dzieci czy w ogóle masakrycznych warunków pracy w czasach rewolucji przemysłowej i po niej… Kościół zawsze był hamulcowym zmian: to on protestował przeciwko zniesieniu niewolnictwa (u nas: pańszczyzny), to on współcześnie walczy z zapisami o przemocy domowej, z edukacją seksualną, z prawami kobiet. W stosunku do zarzutów o stosunek do tych spraw w przeszłości przedstawiciele Kościoła często używali argumentu, że w tamtych czasach mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że takie na przykład niewolnictwo jest niemoralne, więc Kościół również nie. TO PO CO, DO CHOLERY, ON JEST?

Kościół (nie chodzi nawet o konkretny, Katolicki, ale jakakolwiek religia instytucjonalna), mając wpływy polityczne i gospodarcze, nie robi absolutnie nic w kwestiach, które są prawdziwym zagrożeniem dla ludzkości: ekologia i zmiany klimatyczne (w konsekwencji których już mamy konflikty i migracje, a będzie gorzej), wzrost nierówności społecznych, przeludnienie niektórych obszarów świata, wzrost nastrojów ksenofobicznych i nacjonalistycznych. To wywołuje cierpienia milionów i zagraża naszemu bytowi w przyszłości. O to się boimy patrząc na nasze dzieci i ich życie w świecie za kilkadziesiąt lat.

Ponoć Kościół to nie instytucja, to ludzie go tworzący. No więc jest ich tam jakieś półtora miliarda. Gdyby, zamiast zaglądać innym pod pierzyny szukając tam własnej wyższości moralnej skupiliby się na prawdziwych problemach, ten świat mógłby się stać bardzo przyjemnym miejscem. Gdyby jednak analizować problemy współczesności na podstawie wypowiedzi przywódców religijnych, można by sądzić, że nic nie zagraża ludzkości bardziej, niż kondom na penisie. Brońcie tego, wierzący, proszę. Tylko nie Caritasem [3], bo się obśmieję do łez.

Druga sprawa to skrajny egoizm wierzących: czy wizja osobistego wiecznego zbawienia jest warta ryzyka podważenia autorytetu Kościoła, który w końcu jest jedną nogą u Bossa, nawet jeśli chodzi o coś tak porażającego, jak molestowanie dzieci? Bardzo często – nie. I o to mam osobisty żal do wierzących, również osób mi bliskich: to Wy, będąc często blisko Kościoła moglibyście go zmienić. Albo ostentacyjnie porzucić. Nic, absolutnie nic Was nie usprawiedliwia. Za wasze trzymanie się obrzydliwej instytucji, w imię wyssanej z brudnego palucha wizji tańczenia z aniołkami przez wieczność, cenę płacą gwałcone dzieci. Nawet nie próbujcie z tym polemizować, bo mówię o cierpieniu prawdziwym, nie wyimaginowanym. Mówię o prawdziwych, kościelnych penisach w prawdziwych dzieciach i tych dzieci złamanych życiach, mówię o prawdziwych milionach zmarłych na AIDS w Afryce, mówię o kobietach wykrwawiających się po nieudanej, podziemnej aborcji. I mówię o waszych fantazjach o chmurkach i tęczy. Jeśli wzbiera w Was gniew, uderzcie do plebanii czy innej zakrystii i tam się wyładujcie. I zróbcie coś z tym, do cholery. Jeśli już musicie wierzyć w dyrdymały, bo poprawia to Wasze samopoczucie, to może niech nie dzieje się przez to nikomu krzywda, ok?

No ale jak to tak, księdzu podskoczyć. Przecież to nie zwykły człowiek jest, to święty człowiek, inny zupełnie, dzieli WiFi z samym Panem Bogiem. I boskie ma zwyczaje, boski jest cały, mówi tak dziwacznie, czapeczkę ma taką fikuśną, że normalnie śmiech na sali, chyba że ksiądz.

Andrzej Leder w „Prześnionej Rewolucji” pisze o groteskowej ekstrawagancji przedwojennej szlachty jako mechanizmie utrwalającym podział klasowy. Czyli im bardziej szlachta odlatywała w stronę dziwacznych zachowań: rozbudowanej etykiety, mody, egzaltacji i zadufania oraz szastania bogactwem, ale również abstrakcyjnych wymagań i dominacji nad poddanymi, tym bardziej szlachta była szlachtą a, przez kontrast, chłopstwo chłopstwem. Szlachta była jak kosmici, inna rasa zupełnie. To pomagało przez tak długi czas utrzymać system, w którym jedni ludzie stawiali się ponad drugimi, nie wzbudzając w nich zbyt często buntu. Niczym dziwnym nie był więc sojusz szlachty i duchowieństwa: to dwie „rasy nieziemskie”, gdzież im się krzyżować z prostym ludem, gdzież im podlegać tym samym prawom. Dzisiaj role szlachty (również z całym arsenałem dziwacznych, oderwanych od rzeczywistości zachowań) pełni współczesna magnateria z pogranicza polityki i biznesu, kontynuując sojusz z duchowieństwem.

Spróbujmy sobie wyobrazić jakąkolwiek inną instytucję, która dopuszczałaby się tego, czego dopuszcza się Kościół na szczeblu od najbardziej intymnego, do globalnego. Zobaczmy skalę tych przewinień, ale nie widząc maskujących ją, kuriozalnych strojów i całego tego sakro-blichtru, tego rozbuchanego PR. Przyjmijcie na chwilę, wierzący, że nie stoją za nią żadne chóry anielskie. Zobaczymy wtedy jakiegoś instytucjonalnego potwora, który żeruje przede wszystkim na najsłabszych: dzieciach, kobietach, ludziach biednych, mniejszościach wszelkiego rodzaju. Żaden umiejący odróżnić dobro od zła człowiek nie miałby najmniejszych problemów z dostrzeżeniem obłudy wypełniającej tę organizację i ogromu nieszczęść, które wywołuje i nie chciałby, by ktokolwiek go z tą instytucją łączył.

To, jak religia jest wstanie zwichrować kompas moralny świadczy przykład Karola Wojtyły: ten mężczyzna poświęcił kawał życia, żeby narzucić możliwie wielkiej masie ludzi swoją wizję seksualności. Już to samo w sobie jest dość obrzydliwe (chociaż jest to w sumie jedno z ulubionych hobby wierzących, jeśli wspomnieć jakąkolwiek dyskusję np. o aborcji), zwłaszcza jak się pamięta z jaką energią, której brakło na cokolwiek innego, Papież się do tego zabierał. Wiadomo, nic tak nie rozpala umysłu duchownych jak wszystko, co się kręci wokół krocza.

Ta obsesja jednego człowieka miała i ma swoją cenę: rozwój epidemii AIDS w Afryce, niezliczone kobiety umierające lub będące okaleczone przy okazji dokonywania nielegalnej aborcji, całe pokolenia wychowywane w duchu tzw. „katolickiej etyki seksualnej”, co jest niczym innym tylko masową produkcją zaburzeń… Mówimy o Złu niekwestionowanym, policzalnym, masowym w swej skali, konsekwentnie realizowanym, globalnym, dziejącym się przez dziesięciolecia (jeśli trzymać się tylko tego Papieża i litościwie pominąć pozostałych).

W normalnych okolicznościach nie brakłoby słów, by dosadnie określić takiego człowieka i wskazać mu należne miejsce w historii. No ale gość nosił dziwaczną czapkę i był nadzwyczaj miły jak na instytucję, którą reprezentował, więc zamiast tego ma pomniki i kult jednostki.

P.S. Polecam tekst Andrzeja Saramowicza, (reżysera, ofiary księdza pedofila) z Przekroju z 2002 roku.

[1] Nowoczesny katolicyzm
[2] true story, nie pytajcie…
[3] stare, ale pewnie jeszcze bardziej aktualne

Comments

comments

About The Author

Related posts

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *