Nowe artykuły:
Urlop w górach w stylu (prawie!) ‚zero-śmieci’
Photo Credit To Autorka

Urlop w górach w stylu (prawie!) ‚zero-śmieci’

Autorka dzieli się sukcesami i porażkami kolejnego doświadczenia w Projekcie Zero Śmieci, jakim był tegoroczny (2015) urlop w górach. Urlop zaplanowany jako zero-śmieciowy, choć nie do końca się takowy okazał, pozwolił nauczyć się wielu nowych rzeczy o naturze ludzkiej oraz o trudach życia w stylu zero-waste w podróży i na wakacjach.

Od powrotu z mojego urlopu minęły właśnie 2 miesiące. To już najwyższa pora, by na chłodno opowiedzieć o nim, jako o kolejnym kroku na mojej drodze ku zero-śmieci…

Jednym z najtrudniejszych aspektów zero-śmieciowego życia są podróże, wyjazdy, urlopy. Najlepiej pewnie pojechać na urlop koleją, ale ta nie wszędzie dociera – a kiedy bierze się ze sobą także i rowery – w zasadzie pozostaje podroż autem. Poza oczywistymi wadami, samochód ma tę zaletę, ze nie trzeba się specjalnie ograniczać, jeśli chodzi o bagaż. Nie, nie odchodzę z mojej ścieżki ku minimalizmowi… Paradoksalnie, by przetrwać prawie zero warte przez 2 tygodnie w górach przy granicy z Ukrainą, trzeba wziąć o wiele więcej ze sobą niż normalnie. Największą częścią mojego bagażu – stanowiła bowiem żywność.

Był to mój pierwszy prawie 2-tygodniowy wyjazd od czasu, kiedy podjęłam decyzje o życiu zero-waste. Weekendowe wypady poza miasto są proste – bardzo proste. Dłuższy wyjazd – to wyzwanie. Dodatkowym utrudnieniem jest moja roślinna dieta. Oraz świadomość, ze styl zero-waste nie powinien zabierać zbyt dużo czasu i przypadkiem zepsuć radości z odpoczywania.

Podeszłam do wyjazdu jak do doświadczenia, świadoma tego, ze w nowych warunkach, będę mogła się wiele nauczyć, głównie – zapewne na własnych błędach. I nie pomyliłam się…

Jak się przygotowałam do 2-tygodniowego wyjazdu w góry własnym autem?

Po pierwsze:

Warto wynająć pokój z własnym aneksem kuchennym lub ogólnodostępną kuchnia. Daje to dużą niezależność – co jemy, kiedy jemy, jak jemy. Często też pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy. Przed przyjazdem warto upewnić się w co wyposażona jest kuchnia: czy jest kuchenka, lodówka, czajnik, garnek, patelnia, talerze, kubki, szklanki, sztućce.

IMG_4457

Po drugie:

Warto zaplanować mniej więcej, co się będzie jadło na śniadania, obiady, kolacje, zwłaszcza, gdy obiady planowane są na szlaku. Na śniadania wybrałam dwie główne opcje: (1) płatki owsiane z suszonymi owocami, pestkami, z odrobiną masła orzechowego i syropu klonowego. Kupiłam więc płatki górskie w papierowym opakowaniu, luzem bakalie i w słoikach – syrop i masła. (2) Drugą opcją była tofucznica – zakupiłam więc tofu w słoiczkach, suszone pomidory i kurkumę. Na kolacje zaplanowałam – chleb z rożnymi pastami warzywnymi. Na rynku jest mnóstwo roślinnych past. Jeden duży bochen chleb starczył mi na 1,5 tygodnia. Pod koniec był już twardawy, ale świetnie nadawał się na zapiekanki z pomidorami.
A obiad? Plan był taki, ze albo kupiony gdzieś w karczmie albo przygotowany zawczasu. Najlepiej wiec wziąć ze sobą makaron (luzem lub w kartonie), rożne rodzaje pesto (w słoiczku), oliwę z oliwek i przyprawy.
Wzięłam tez trochę warzyw i owoców, które dobrze znoszą podroż – jabłka, banany, dynie Hokkaido, cukinie. Wyszłam z założenia, ze owoce i warzywa – wszędzie można kupić luzem… Tak też było i tym razem. Herbatę – też warto wziąć ze sobą.

IMG_4458

Po trzecie:

Kilkugodzinne wyprawy rowerowe czy piesze wymagają odpowiedniego prowiantu.
Woda – wzięłam ze sobą swoje obie wielorazowe butelki – szklaną i stalową. Stalowa – świetnie się sprawdziła. Szklana – dawała w kość – zwłaszcza w plecaku. Sama sporo waży, a wypełniona wodą, bardzo ciążyła. O wiele lżejszym rozwiązaniem byłyby 2 stalowe butle. Na rower – brałam tylko stalową, kilka razy prosiłam ludzi o jej napełnienie wodą z kranu, nie było z tym problemu.
Na dłuższe wyprawy, przygotowywałam po prostu obiad na wynos – makaron z pesto i warzywami – w stalowym lunchbox-ie.

Często też korzystałam ze swojego sztućcoryka oraz niedawno nabytego stalowego kubka, jako że w wielu lokalnych miejscach z gastronomią wszystko było jednorazowe.

2

Po czwarte:

Wzięłam minimalna liczbę kosmetyków. Kilka nie zero-waste, których jeszcze nie zdążyłam zużyć ze starych czasów (krem do rąk, golarka oraz nitka do zębów) lub po prostu muszę używać (krem z filtrem 50). Olej kokosowy – jako krem do twarzy i do ciała, jako odżywka do włosów (a także do smażenia, jeśliby zabrakło mi oliwy z oliwek). Pasta do zębów od Trawiaste w słoiczku. Dezodorant w sztyfcie własnej produkcji. Mydło w kostce. Szampon w kostce. Szczoteczka do zębów. Szare mydło do prania.

IMG_4357

Po piąte:

Woreczki lniane, szczelne pojemniki, torby bawełniane – te zawsze się przydadzą do pakowania, kupowania, noszenia…

Czego się nauczyłam?

Dobrze planując, można spędzić miło urlop w górach z dala od cywilizacji prawie bezśmieciowo.
Nauczki na przyszłość:

Temat numer 1 –

To bezsprzecznie batony. Na bardzo energetycznie wyczerpujących wyprawach (a jazda na rowerze po szlakach bieszczadzkich do takich należy), po kilku godzinach jazdy w górę i w dół, nogi odmawiają posłuszeństwa). Energetyczne batony zbożowe czy orzechowe są wręcz niezbędne. Czasem potrzeba nawet szybkiego prostego cukru. Na wyprawy weekendowe, zwykle robię surowe batony w blenderze. Na urlop nie wzięłam ze sobą wystarczającej ilości orzechów i bakalii ani blendera. Batony – oczywiście o wiele gorszej jakości niż własnej produkcji (pakowane – niestety – w plastik lub folie aluminiowa) trzeba było kupić w sklepie. Czasem spadek energii był tak wielki, ze człowiek wczłapywał się do pierwszego napotkanego sklepiczku i kupował cokolwiek było, najgorsze świństwa – Grześka czy Snickers’a. Co mogę zrobić w przyszłości? Myślę, że jeśli się jedzie autem – można po prostu zabrać ze sobą duży zapas orzechów i suszonych owoców i mały blender (mój właśnie jest bardzo nieduży). Albo jeszcze prościej brać ze sobą na trasę owe orzechy i suszone owoce luzem.

IMG_4473

Temat numer 2

Ogromne porcje jedzenia serwowane w restauracjach. Kilka razy stołowaliśmy się w karczmianych restauracjach. Ogrom serwowanych porcji mnie zaskoczył. Typowy dylemat zero-śmieciowca, który nie ma właśnie ze sobą (ups!) pustego pojemnika: (a) zjeść porcję w zasadzie dla 2 osób i to odchorować, (b) zostawić pół talerza jedzenia, które trafi na śmietnik czy (c) poprosić o zapakowanie, mając nadzieje, ze opakowanie nie będzie z plastiku lub polistyrenu (niestety zwykle takie jest). Wybierając opcję c , stałam się posiadaczką (tadam!) dużego plastikowego opakowania – jeszcze nie wymyśliłam jak je wykorzystać… Co mogę zrobić w przyszłości? Rozwiązanie jest proste: zawsze pytać – jak duża objętościowo jest serwowana porcja i prosić o pół, gdy jest zbyt duża. Trzeba też zawsze pamiętać o zabraniu ze sobą pustego opakowania – na wszelki wypadek. Mój mini lunch-box nadaje się o tego doskonale.

IMG_4662

Temat numer 3

Stołowanie się w małych punktach gastronomicznych, które serwują wszystko na jednorazówkach. Jako że miałam ze sobą stalowy kubek i sztućce turystyczne, pozostawał problem talerzy. Gdybym chociaż miała swój własny leciutki turystyczny talerz (albo chociaż taki z otrębów), poprosiłabym o przygotowanie posiłku na nim. Niestety niczego takiego nie miałam… Jak to rozwiązać? Już mam kilka upatrzonych lekkich turystycznych talerzyków w sieci, ale ciągle zastanawiam się nad najlepszym rozwiązaniem na przyszłość.

IMG_4666

Temat numer 4

Piwo. Miło czasem napić się dobrego piwa. Kilka razy się skusiłam, zwłaszcza, że w Bieszczadach ma swoją siedzibę jeden z najlepszych browarów w Polsce Ursa Maior. Mają cudowne piwa, najwyższa jakość. Niestety – w butelkach bezzwrotnych. Postanowiłam, że napiszę do właścicieli, o tym problemie… Kropla drąży skałę? Kto wie, może ta sytuacja się zmieni.

IMG_4500

Temat numer 5

Odpadki organiczne. Początkowo miałam pomysł, by zakopywać moje odpadki organiczne w glebie, by się rozłożyły. Jednak w Bieszczadach ten pomysł nie wchodzi w grę, biorąc pod uwagę fakt, ze wszelkie śmieci przyciągają zwierzęta, w tym – niedźwiedzie. Co mogłoby być rozwiązaniem? Wymyśliłam, ze w przyszłości zrobię swój własny mini-pojemnik bokashi. Potrzebne jest do tego szczelne pudełko, stary worek plastikowy z dziurką na dole, przez którą mogłaby przeciekać tzw. ‘’herbatka bokashi’’. Oczywiście trzeba też wziąć ze sobą odrobinę granulatu bokashi.

IMG_4655

Podsumowując – pomimo wysiłków,  ilość śmieci wygenerowanych przeze mnie przez 2 tygodnie urlopu była znacząca: oprócz odpadków organicznych – wyprodukowałam też: pewnie ze 3 puste butelki po lokalnym piwie, 1 plastikowe oraz 1 kartonowe opakowanie na niedojedzony obiad, 2 talerze jednorazowe – jeden papierowy i jeden z plastiku. Oraz całe mnóstwo opakowań po mniej lub bardziej niezdrowych batonach. Kolejna zero-śmieciowa lekcja już za mną… 

IMG_4660

Na koniec – kilka luźnych zero-śmieciowych obserwacji bieszczadzkich:

Przy tak ogromnej liczbie turystów, Bieszczady nie są nadmiernie zaśmiecone, ale jednak…

  • uważne zero-śmieciowe oko wypatrzyło wiele odpadków porzuconych przez pseudo-turystów na szlakach i wzdłuż dróg… Niektóre znalezione przeze mnie okazy – będą miały swoje drugie życie. Choćby gumeczki zakładane na kijki, czy wodoodporny marker (po co ludziom taki gadżet w górach?)
  • Władze parku, co chwila przypominają o zabieraniu śmieci ze sobą, by nie przyciągać do szlaków niedźwiedzi…
    Kosze na śmieci, są często zabezpieczone przed niedźwiedziami, co może uratować im życie. Plastik przyczynia się do śmierci ogromnej liczby dzikich zwierząt.
  • Jak już gdzieś wspominałam, na dole szlaków w BdPN można znaleźć nowoczesne suche toalety z dżdżownicami. Niestety takich toalet nie ma na szczytach. Każde drzewo, każda kępa krzaków na połoninach wyglądają, że pożal się boże…

Zarówno mojemu pobytowi w Bieszczadach, jak i samym górom, jeszcze daleko daleko do osiągnięcia poziomu pełnego zero-waste… jednak czy to nie sama droga jest celem?

Comments

comments

About The Author

http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/da48d50ba473504c5ef63204481a87be.jpg

Joanna Gołębiewska - proggtywistka społeczna głęboko zainteresowana sprawami zrównoważonego rozwoju, demokratycznej edukacji oraz harmonijnego, ekologicznego życia rozwijającego ludzki potencjał. Redaktorka magazynu "Progg Mag" oraz portalu progg.eu. Ukończyła studia na warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, część swojej edukacji odbywając również w Bratysławie i Bergen, obecnie mieszka, pracuje i działa we Wrocławiu. W wolnym czasie poświęca się nauce języków, książkom, podróżom szczególnie w góry, czasem nawet na rowerze. Napisz do mnie

Related posts

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *