26. 11. 2020

Nowe artykuły:
Czym jest deliberacja? I czy nadaje się do codziennego życia?

Czym jest deliberacja? I czy nadaje się do codziennego życia?

Od dawna argumentujemy na Proggu, że tylko zmiana formy obecnej demokracji na jej nowe wersje – może uratować demokracje w ogóle. Na deficyt obecnej demokracji przedstawicielskiej musimy odpowiedzieć hasłem: więcej (nowej) demokracji! W niniejszym artykule autor przedstawia rozważania dotyczące tego, czym powinna być demokracja deliberatywna, jako jedna z owych nowych możliwości.   

P rzez parę ostatnich dekad panowała moda na demokrację deliberatywną. W tym czasie nastąpił rozkwit różnorodnych jej technik. Zasady ich działania opisane zostały już na łamach Proggu. Jednocześnie teoria deliberatywna stała się dominującym nurtem namysłu nad demokracją w ogóle. Jednak sama demokracja deliberatywna natrafiła na szereg barier dla swojego rozkwitu. Wiele z nich to czynniki zupełnie zewnętrzne: brak woli politycznej decydentów, rosnąca polaryzacja polityczna społeczeństw i wiele innych. Ale są też inne, bardziej wewnętrzne przyczyny tych niepowodzeń. Chyba najistotniejszą jest to, że w powszechnym odbiorze słowo „deliberacja” co raz bardziej zaczęło się oddalać od codziennego życia.

Deliberacji trudno jest trafić do społecznej wyobraźni. Złożoność samych jej technik na pewno nie pomaga. Przeszkadza też pewien akademicki posmak „demokracji deliberatywnej”. Przez ostatnie lata zaczęła ona wyglądać na coś wzniosłego, górnolotnego i niepraktycznego. W potocznym odbiorze zatraciła swój ludzki wymiar – nawet mimo tego, że w obronie tego wymiaru występowała. Dlatego gdy mówimy „deliberacja” wyobrażamy sobie jakieś eksperckie gremia, albo kosztowne i skomplikowane procedury konsultacyjne. Rzadko myślimy o codziennej rozmowie – o sprawach publicznych i prywatnych; z przygodnie poznanymi, ale też i w gronie bliskich czy rodziny. A to przecież właśnie w takich sytuacjach wyrabiamy sobie opinie o świecie.

Dorobek technik deliberatywnych a także całej teorii demokracji deliberatywnej jest już ogromny i niebywale skomplikowany. Tak potęguje się tylko wrażenie oddalenia deliberacji od naszego zwykłego świata. Jest to oczywiście tylko wrażenie, ale jego przełamanie wymaga powrotu do sedna. Domaga się uwzględnienia tego najnowszego dorobku demokracji deliberatywnej, jednak w odpowiedzi na najprostsze pytania. Wymaga wyjaśnienia sobie, czym jest i czym może być – a więc czym nie jest i czym nie powinna być – deliberacja w codziennym życiu.

Czym jest deliberacja?

Zacznijmy od prostej definicji deliberacji, którą potem wyjaśnimy sobie przez zestawienie z innymi typami dyskusji. Deliberację rozumiemy zwykle jako rozmowę. Jednak możemy tym słowem określać też samodzielny namysł, jak w zdaniu „po długiej deliberacji postanowiłem…”. Tutaj skupię się na tym pierwszym – dialogicznym rozumieniu deliberacji. Jednak zrobię to w sposób, który potem podpowie nam jak może wyglądać ona w samotności. Tak więc:

Deliberacja to rozmowa z różnicą stanowisk, której uczestników cechuje gotowości do bezinteresownej zmiany stanowiska pod wpływem słusznych racji.

‘Stanowiska’ uczestników mogą dotyczyć zarówno poglądów politycznych jaki interesów ekonomicznych; zarówno celów jak i środków od ich osiągania; potrzeb, odczuć, osądów moralnych czy intuicji filozoficznych.

Deliberacja to ‘dyskusja’, czyli rozmowa z różnicą stanowisk. Bez jakiejś różnicy – choćby nieznacznej – rozmowa taka będzie zwykłym towarzystwem wzajemnej adoracji (TWA). Najistotniejszym i unikatowym aspektem deliberacji jest właśnie gotowość na bezinteresowną, a motywowaną słusznymi racjami innych, zmianę stanowiska. Gotowość taka określana jest jako ‘postawa deliberatywna’[1].

Co istotne, w deliberacji zmiana stanowiska absolutnie nie jest obowiązkowa. Deliberacja nie ma polegać na przymuszeniu do konsensu. A w deliberacji nie chodzi o „fabrykowanie zgody”. Chodzi raczej o rozsądną gotowość do zmiany stanowiska pod wpływem lepszych argumentów czy słusznych racji rozmówcy. Zmiana stanowiska stanowi tu raczej „oczekiwany skutek uboczny” procesu wzajemnego uczenia się od siebie – dowiadywania się nowych faktów, poznawania cudzych potrzeb czy odczuć. Oczywiście kluczowym warunkiem jest to, że postawa deliberatywna jest odwzajemniana. W przeciwnym razie – gdy jedna strona odmawia takiej życzliwości – deliberacja szybko przekształca się w coś innego.

Czym deliberacja nie jest?

Jasnym jest, że deliberacja jako rozmowa nie jest dowolną rozmową. Co ciekawe dotarcie do tego, jakim właściwe typem rozmowy jest zajęło jej zwolennikom sporo namysłu i wielu prób. Kiedyś wyobrażano sobie deliberację jako „uczoną debatę”; innym razem jako eksperckie panele; jeszcze innym razem jako poufne dyskusje i negocjacje elit. Wygląda jednak na to, że w przeciągu parunastu ostatnich lat wiele z tych rozumień zostało odrzucone. No więc czym nie jest deliberacja?

…nie jest debatą

Debata to rozmowa między dwoma uprzednio zdefiniowanymi, opozycyjnymi stanowiskami, w którym obie strony są okopane na swoich pozycjach i rywalizują o słowne zwycięstwo. Sam termin „debata” wywodzi się z francuskiego słowa débattre, czyli „pokonać, strącić”. Naczelnym instrumentem debaty jest słowna szermierka – erystyka, tak jak ją opisał Artur Schopenhauer w swojej książeczce Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów. Właściwie jest to – jak dosłownie brzmi oryginalny podtytuł – „sztuka posiadania racji” (niem. Die Kunst, Recht zu behalten). Celem debaty jest pokonać rywala w pojedynku słownym – bez względu na rozum czy słuszność.

Dlatego wyobrażanie sobie deliberacji jako czegoś na kształt debaty oksfordzkiej jest kompletnym nieporozumieniem. W debacie oksfordzkiej, owszem, obowiązują wysokie kryteria rzetelności argumentacji. Jednak sam jej rywalizacyjny charakter jest z istoty sprzeczny z deliberacją. Celnie ujął to bohater filmu Dziękujemy za palenie (2005), utalentowany rzecznik koncernów tytoniowych Nick Naylor: „Kiedy twoim zadaniem jest zawsze mieć rację, wtedy nigdy się nie mylisz”. Jego przykład debaty na temat wyższości lodów waniliowych nad czekoladowymi idealnie ilustruje zasady działania erystyki. Nie chodzi w niej o przekonanie kogoś, ale o wygranie – przynajmniej w oczach widzów. Nie chodzi o to by dowieść, że ja mam rację; wystarczy, że udowodnię, że ty się mylisz.

Debatę cechuje pryncypialny upór rozmówców. Wręcz zabrania on przyznania racji drugiej stronie (chyba, że na zasadzie jakiegoś erystycznego podstępu). Barierą ku temu jest już sam „tryumf przeciwnika”, poczucie dumy, albo przywiązanie do posiadanych przekonań. Deliberację, tymczasem, cechuje gotowość do zmiany zdania czy stanowiska pod wpływem lepszych racji – rozumnych argumentów, słusznych sądów czy zasadnych potrzeb drugiej strony. W debacie słuchasz przeciwnika, by uczepić się każdej jego pomyłki, nieścisłości czy uchybienia. Tak z przekonań rozmówcy upleciesz chochoła, który będzie łatwy do ‘zaorania’. W deliberacji, natomiast, przede wszystkim słuchasz uważnie by rzeczywiście zrozumieć sedno stanowiska drugiej strony. No i starasz się je zinterpretować tak życzliwie jak to tylko możliwe. Krytyka jest tu jak najbardziej wskazana, ale powinna ona być sprawiedliwa i konstruktywna. W deliberacji szukasz wspólnego stanowiska. Jednak jeśli to nie jest możliwe starasz się uczciwie ustalić katalog rozbieżności – by przynajmniej dobrze zrozumieć stanowisko drugiej strony.

…nie jest targowaniem się

W targowaniu strony rozmowy skupiają się na swoich interesach i zasobach, jakie posiadają. Gotowe są do zmiany stanowiska, ale tylko, jeśli dostaną coś w zamian. Targ to przeciąganie liny. W idealnym układzie zakłada wzajemność ustępstw. Ale w twardym targowaniu, silniejsza strona często szantażuje tę słabszą. Grozi odejściem od stołu wymuszając akceptację skrajnie niekorzystnej transakcji. Twarde targowanie charakteryzuje ‘strategiczna kontrola informacji’, czyli ukrywanie swoich prawdziwych zasobów i potrzeb, a czasem wprost kłamanie by uzyskać lepszą pozycję przetargową.

W targowaniu obie strony wpadają w tzw. pułapkę negocjatora. Nawet jeśli ktoś gotowy jest  do uczciwego podziału kosztów i zysków – według realnych potrzeb – to nie może być pewny, że pozostali odwzajemnią taką dobrą wiarę. Dlatego wszyscy zakładają, że druga strona przesadza, bo stara się ‘strategicznie kontrolować informacje’. Więc przystępuję do rozmowy w założeniu, że druga strona będzie mnie oszukiwać by zyskać jak najwięcej moim kosztem. Przy takim założeniu sam powinienem przesadzać.  Więc będę stawiać wygórowane żądania i przeszacowywać moje koszty. Wszystko to w przekonaniu, że i tak spotkamy się „gdzieś pomiędzy”. Idealnie ilustruje to rozmowa prawników z bohaterem filmu Historia małżeńska (2019). Wyjaśniają oni, że w procesie rozwodowym nie ma sensu zaczynać od rozsądnego stanowiska: „Słuchaj, jeśli zaczniemy z pozycji rozsądku, a oni zaczną z pozycji szaleństwa, to gdy dojdziemy do porozumienia, spotkamy się gdzieś między rozsądkiem a szaleństwem… Co i tak będzie szaleństwem… Bo pół-szaleństwo dalej jest szaleństwem”.

Tak wpadamy w zjawisko, które nazywam ‘strukturalnym egoizmem’. Polega ono na tym, że antagonistyczna struktura rozmowy wymusza na nas zachowania egoistyczne: cwaniactwo i wariactwo. Tylko dlatego, że czyni je najbardziej racjonalnymi. Zakładamy tu, że im bardziej przesadzamy w żądaniach, tym więcej zyskamy. Deliberacja, tymczasem, wymaga postawy zupełnie odmiennej. Nie domaga się wcale takiej bezinteresowności, która każe poświęcać swojej potrzeby. Ale wymaga rezygnacji ze strategicznej kontroli informacji. Domaga się uczciwego komunikowania swoich potrzeb i posiadanych zasobów – w dążeniu do uczciwego kompromisu, do sprawiedliwego podziału korzyści i kosztów. W deliberacji podmioty w dużo lepszej sytuacji powinny być gotowe do większych ustępstw, dla wyrównania sytuacji. Deliberacja wspiera ideę negocjacji, w których kluczowym elementem jest budowanie wzajemnego zaufania i chęci dalszej współpracy. Negocjacje w warunkach dobrej moderacji przybliżyć się mogą do ideału tzw. deliberatywnych negocjacji.

…nie jest panelem eksperckim

I teraz coś nieintuicyjnego: Deliberacja nie ma polegać na stosowaniu się wyłącznie do wskazań najnowszego dorobku nauki. Szczególnie jeśli miałoby to polegać na braniu pod uwagę jedynie „suchych faktów” i „nagich dowodów”. Nauka dostarcza nam bezcennej wiedzy o świecie – o tym jaki on jest. Jednak nie może sama w sobie stanowić busoli naszych osądów moralnych, etycznych czy politycznych. Może dawać nam informacje o uwarunkowaniach, o ryzyku, o procentach, statystykach i prawidłach. Ale czym innym jest znajomość tych danych i teorii, a czym innym jest właściwa etyczna ocena tego ryzyka czy tych prawideł i podjęcie na ich podstawie decyzji. Taka ocena nie powinna być podejmowana bez rzetelnych danych, ale same rzetelne dane nie są tu wystarczające. Kiedy twierdzimy uparcie, że nasze osądy „opieramy tylko na dowodach” to przed samymi sobą ukrywamy swoje własne uprzedzenia.

Koncentracja na „surowych faktach” i na „dowodach naukowych” zbyt często przeradza się w eksperckie widzenie tunelowe albo wprost w instrumentalizowanie nauki. Surowymi faktami bardzo łatwo manipulować. Dla osoby biegłej w temacie – a popadającej w erystyczną chęć wygrania debaty – łatwo jest je dobierać pod tezę. Same „fakty naukowe” – bez właściwego, szerszego kontekstu całości wiedzy na dany temat – potrafią być bardzo mylące. Wzorowym przykładem eksperckiego widzenia tunelowego jest zafiksowanie się na jakimś wygodnym wskaźniku (jak np. kult wzrostu PKB czy indeksów giełdowych). Uzależnianie od niego całych polityk publicznych jest już szczególnie szkodliwe. Dlatego tak istotne jest prezentowanie wiedzy naukowej nie tylko w jej pełnym kontekście – wobec całości dostępnej wiedzy – ale też przy uczciwym przyznawaniu się do tego co jest niewiadome.

Jest wielkim złudzeniem nowoczesności – menadżerskiej ideologii „rządu ekspertów” – że na podstawie samych faktów da się podejmować jedynie słuszne decyzje. Jeffrey Guhin jako przykład takiego myślenia wskazał tweet Neila deGrasse Tysona (znanego w USA astrofizyka i popularyzatora nauki), który ogłosił, że „Ziemia potrzebuje […] jednolinijkowej konstytucji: Cała polityka opiera się na dowodach”. Dla Guhina był to wzorowy przykład ‘krótkowidztwa scjentyzmu’, a jego źródeł upatrywał w quasi-religijnym kultcie nauki. Zdaniem Richarda P. Feynmana laicy jak i sami naukowcy zbyt często popadają w ‘naukowy kultu cargo’ – czyli fetyszyzację wiedzy naukowej przez przypisanie jej magicznego charakteru dogmatu wiary. Wiedzie to albo do upowszechniania się pseudonauki, albo – odwrotnie – do alergicznej reakcji w postaci nihilizmu naukowego.

Naukowy kult kargo jest stawianiem nauce wygórowanych wymagań. Prowadzi to do skutków podobnych ‘do efektu CSI’ w ocenie spraw kryminalnych przez ławy przysięgłe. W serialach z gatunku „kryminalnych zagadek CSI”, filmowcy przestawiają laikom zawyżone standardy pracy ekip śledczych. Jednocześnie wbudowują widzom wygórowaną opinię o niektórych technikach dowodowych jak badania wariografem czy pseudonaukowe wykrywanie kłamstw na podstawie mimiki. Podobnie rzecz się ma z popularnym obrazem nauki i tego jak prowadzi ona do odkryć czy nowych wynalazków. Konsekwencje są tego takie, że upublicznienie dyskusji technicznych wewnątrz środowisk naukowych – np. na temat dobrze udokumentowanych teorii naukowych – prowadzi do wrażenia, że są wciąż niepotwierdzone; że to „tylko teorie”.

Generalnie jednak krótkowidztwo scjentyzmu jest przejawem eksperckiej pychy w rzeczywistości często służącej zamaskowaniu wąskich interesów. Idea ‘polityki opartej na dowodach’ często sprowadza się do ‘dowodów opartych na polityce’. Kult cargo nauki ułatwia przedstawianie jakiejś ideologii jako „naukowej”, obiektywnej i bezdyskusyjnej „jedynej słusznej drogi” (TINA). To dlatego twierdzenie, że deliberacja publiczna na temat decyzji politycznych powinna się sprowadzać tylko do eksperckiej dyskusji czyni ją tym bardziej podatną na erystyczną debatę. I jest to proces naturalny. Jeśli z podejmowania decyzji wyklucza się reakcje emocjonalne czy interesy partykularne – jako „sprzeczne z rozumem publicznym” – prowokuje się tylko ich przemycanie do dyskusji pod postacią wybiórczego doboru dowodów, czy wręcz manipulacyjnej pseudonauki.

Dobrze urządzone ściśle eksperckie panele są istotnym elementem procesu dostarczania wiedzy na potrzeby decyzji. Na pewno powinny one polegać na uczciwym i ukontekstowionym komunikowaniu rzetelnej wiedzy naukowej. I tę cechę dzieli z nimi deliberacja. Jednak sama deliberacja nie może się wyłącznie ograniczać do dyskusji nad wiedzą ekspercką. Deliberacja wymaga jeszcze uwzględnienia tego, co jest naszym osądem etycznym i naszymi potrzebami materialnymi. Wiedza ekspercka powinna służyć wspólnemu rozważaniu kwestii dla nas najistotniejszych. A te wymagają zrozumienia nie tylko samych faktów i dowodów, ale i ich znaczenia dla naszych osądów moralnych i interesów ekonomicznych.

Bariery dla postawy deliberatywnej

Widzimy już, na czym dokładnie polegać ma deliberatywna postawa „gotowości do zmiany stanowiska”. Jest ona oczywiście przeciwieństwem pryncypialnego uporu – upartego obstawania przy swoim jakie cechuje erystyczne debaty. Nie jest też gotowością na zmianę stanowiska, ale w zamian za coś – za obietnicę jakiejś korzyści czy nawet za odwzajemnienie zmiany stanowiska („zmienię zdanie pod warunkiem, że ty zmienisz swoje”). To ostatnie jest typowe dla targowania. Natomiast, taka transakcyjna logika oczekiwania czegoś w zamian może mieć miejsce w deliberatywnych negocjacjach, gdzie strony „spotykają się gdzieś pomiędzy”, ale ich kompromis jest sprawiedliwy a nie oparty na twardym targowaniu.

Istotne jest również odróżnienie postawy deliberatywnej od zmiany zdania jaka jest oczekiwana w panelach eksperckich. W czystej nauce zmiana zdania powinna nastąpić tylko i wyłącznie pod wpływem ‘faktów’, ‘dowodów’ czy ‘przekonywujących argumentów z literatury naukowej’. Deliberatywna zmiana stanowiska, tymczasem, wywołana powinna być wszelkimi istotnymi społecznie racjami, w tym także informacjami o czyichś emocjach albo interesach własnych. Emocje potrafią dyktować osądy moralne czy polityczne. Stanowią kluczowy element motywacyjny w naszym życiu. Z kolei interesy własne to nasze egzystencjalne potrzeby, głównie materialne (choć nie tylko finansowe).

W tym miejscu warto prowizorycznie odróżnić ‘interesy własne’ od ‘zysków’. Interes własny dotyczy egzystencjalnych potrzeb – godnego życia, pewnych oszczędności na różne wyjątkowe cele, braku niepokoju o byt i zrównoważenia. To wszystko co pozwala na optymistyczne patrzenie w przyszłość, więc i na samorozwój. W tym sensie, absolutnie uzasadnionym jest, że pracownicy strajkują „o kasę”, jeśli ich dotychczasowa płaca nie pozwala im na godne życie. Tego rodzaju racje jak najbardziej są być słuszne i wykluczanie ich jako „egoistycznych”, „sprzecznych z dobrem wspólnym” stanowi częsty zabieg wyzyskiwaczy. Zaspokojenie interesów własnych jest oczywiście relatywne – zależy od kontekstu społecznego i innych względów. Jednak istnieje dla niego granica zaspokojenia na rozsądnym poziomie.

Zyski, tymczasem – tak jak funkcjonują one w obszarze rynków kapitałowych – z założenia nie mają takiego poziomu, przy którym udziałowiec powie „wystarczy, nie potrzebuję więcej”. Potrzeba zysków jest nienasycona. To wór bez dna, który rozrasta się wraz z możliwością ich powiększenia. Zyski kapitałowe nie maja „rozsądnej granicy zaspokojenia”. Jeśli mogą być jeszcze większe, nikt nie powie „ok, już wystarczy”. Dlatego nie ma sensu rozpatrywać ich w deliberacji w ten sam sposób co czyichś egzystencjalnych interesów własnych. Rozsądek nie stanowi dla zysków punktu odniesienia. Dla nich jedynym sensownym forum są targi, gdzie ich żądza natrafić może na twardą barierę oporu ze strony kontrahentów.

Czego dotyczy deliberacja?

Deliberacja powinna być więc odróżniania od debaty, od targu interesów a nawet od dyskusji w czysto eksperckim panelu. Oczywiście to odróżnienie nie jest ostre, ale warto o nim pamiętać by wystrzegać się trzech grzechów przeciw postawie deliberatywnej, tj.:

  • pryncypialnego uporu (typowego dla debat) – kategorycznie blokującego zmiany stanowiska;
  • interesowności (typowej dla targu) – domagającej się czegoś w zamian za zmianę stanowiska;
  • krótkowidztwa scjentyzmu (typowego dla paneli eksperckich) – wiodącego do eksperckiej pychy i instrumentalizacji nauki.

Deliberacja musi unikać tych postaw. Jednak nie może ona wykluczać tego, co leży u ich podstaw – trzech wkładów polityki, które są nieodzownym elementem spraw publicznych. Te trzy wkłady to:

  • wiedza ekspercka,
  • interesy własne
  • i emocje.

Deliberacja zdecydowanie wymaga zebrania dostępnej, wiarygodnej i ukontekstowionej wiedzy eksperckiej. W deliberacji powinniśmy brać pod uwagę interesy własne podmiotów, których dotyczy dana sprawa. Wreszcie, deliberacja powinna doceniać porywy serca, odczucia, emocje – te same, które dyktują pryncypialny upór właściwy debatom, ale też moralnemu oburzeniu. O ile debaty, targi czy panele eksperckie (które oczywiście mają swoje miejsce w demokracji) stanowią koncentrację ja jednym z tych wkładów, deliberacja wymaga brania ich wszystkich pod rozwagę wspólnie – bez wykluczenia czy dedukcji jednych do drugich.

Granica między emocjami, interesami własnymi i wiedzą o tym, co uznajemy za fakty (wiedzę „ekspercką” czy „naukową”) jest oczywiście trudna do jednoznacznego wytyczenia. W rzeczywistości – szczególnie w naszych codziennych rozmowach – łączymy te trzy wkłady w ‘narracje’. W nich wszystkie te trzy wkłady są zlepione: splątane są w pewna bardziej lub mniej spójną opowieść. Nasze interesy własne powiązane są z tym, „jak powinno być” w naszym odczuciu i wszystko to razem podparte jest pewną opowieścią o tym „jak jest”. ‘Dowody’ na zasadność naszej narracji oczywiście selekcjonujemy. Łatwiej nam uznać a nawet tylko zapamiętać te fakty, które pasują do tej opowieści. Pozostałe bardzo łatwo odrzucamy albo zwyczajnie zapominamy, bo nie znajdujemy dla nich miejsca w naszej pamięci.

Ideologiczne narracje czy doktryny konstruuje się z dążeniem do pewnej usystematyzowanej spójności między tymi trzema wkładami. I szczególnie tu dąży się do opierania ich na faktach „udowodnionych naukowo”. Narracje bardzo ochoczo czerpią z najnowszego dorobku wiedzy naukowej. Jednak zawsze nieco przeinaczają jej sens. Przykładowo, czym innym jest właściwa darwinowska teoria ewolucji, a czym innym jest to, co z darwinizmem uczyniono w popularnych narracjach – w ideologiach politycznych, społecznych czy ekonomicznych. Tak właśnie teorie naukowe często się instrumentalizuje i wypacza. Wyjmując je z właściwego im kontekstu zamienia się je w wygodne usprawiedliwienia czy totalne „teorie wszystkiego”. Nazbyt pochopnie też z opisywanych przez naukę faktów wnioskuje się o powinnościach. Nade wszystko, w narracjach społecznych teoriom naukowym nadaje się takie emocjonalne poczucie pewności czy prawdziwości – wiary – które nie jest właściwe dla czystej nauki, a które jest przydatne jako motywacja do zbiorowego działania.

No więc w codziennym życiu łączymy emocje, interesy własne i wiedzę w dogodne narracje. Te trzy wkłady splątane są w naszych potocznych opowieściach – a już szczególnie w debatach publicznych. Deliberacja ma polegać na próbie rozplątania tych narracji. Służyć ma rozdzieleniu od siebie tych nici by zobaczyć, co każda z nich oznacza dla całości. Jeśli uczynimy to dla wielu konkurencyjnych narracji, możemy zestawić ze sobą ich składowe wątki, sprawdzić czy któreś do siebie nie pasują – czy nie dałoby się ich pogodzić. Deliberatywne rozplątanie pozwala też ocenić poszczególne racje – zestawić je ze sobą i porównać. W ten sposób łatwiej przekonać się do czyichś potrzeb i argumentów – kiedy wreszcie rozumie się ich sedno. W ten sposób lepiej poznajemy to, co nas w rzeczywistości dzieli a co łączy. Potem, możemy spróbować wypracować z tych wątków jakaś wspólną narracje. Jeśli się to nie uda to może dwie narracje, które będą przynajmniej zgodne, co do wniosków. Nawet jednak jeśli nie dojdziemy do takiej zgody – jeśli nie zmienimy stanowiska – deliberacja pozwoli nam przynajmniej lepiej zrozumieć siebie nawzajem.

Tak rozumianą deliberację można uprawiać w samotności. Wystarczy się życzliwie wsłuchiwać w głosy innych. Czasem taką deliberację nawet łatwiej uprawiać. Nie ma bowiem emocjonalnej presji żywiołowej dyskusji. Jednak istotne jest tu zbieranie informacji rzeczywiście stanowiących wyzwanie dla naszych uprzednich przekonań. Dlatego deliberacja dialogiczna jest tak ważna, bo można się w niej wprost skonfrontować z głosem innej osoby. Można też ją dopytać, można coś doprecyzować. Deliberacja nie jest bowiem „tylko jakimś tam gadaniem”. Nie jest nawet tylko specyficznym typem gadania. Deliberacja to przede wszystkim słuchanie – uważne, życzliwe, ale też i wcale nie bezkrytyczne. A dla takiego słuchania gadanie jest nieodzownym paliwem.

Deliberacja w sferze publicznej i w codziennym życiu

Demokracja deliberatywna w ostatnich latach doświadczała wzlotów, ale też i zatraciła swój impet. Najgłośniejsze polityczne wydarzenia współczesności – Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a także upowszechniające się trendy autorytarne i rosnąca polaryzacja polityczna nie napawają optymizmem. Jednak w dobie pandemii, rosnących nierówności społecznych, kryzysów ekologicznych i niezrównoważenia gospodarki dążenie do deliberacji przestaje być tylko szczytnym ideałem. Uzdrowienie dyskusji publicznej staje się koniecznością. A demokracja deliberatywna pokazuje nam jak jej dokonać – zarówno na poziomie mikro jak i w skali dużo szerszej. Rehabilitacja emocji i interesów własnych, oraz bardziej trzeźwe spojrzenie na wiedzę ekspercką jest tutaj kluczowe.

Praktycznym ucieleśnieniem tego nowego dorobku okazały się doświadczenia irlandzkich reform konstytucyjnych z 2015 i 2018 roku. Przeprowadzono tam wówczas m.in. referendum na temat ogromnie kontrowersyjnej i społecznie polaryzującej propozycji zniesienia konstytucyjnego zakazu aborcji. Jednak poprzedzono je dobrze przeprowadzonymi deliberacjami: Konwencją Konstytucyjną z roku 2012 i Zgromadzeniem Obywatelskim z 2017-2018 roku. I deliberacje te dobrze wkomponowano w debaty publiczne poprzedzające referenda. Zmiany opinii publicznej okazał się znacząca. Komentując sprawę z perspektywy czasu Irlandczycy zauważali, że uczciwość i transparencja tego referendum wyraźnie kontrastowało z tym jak przeprowadzone zostało brytyjskie referendum w sprawie Brexitu. Kluczem do takiego rezultatu był przebieg deliberacji, choćby w Zgromadzeniu Obywatelskim. Istotnym ich elementem były emocjonalne świadectwa nie tylko oponentów zniesienia zakazu aborcji, ale i osób, które doświadczyły negatywnych skutków całkowitego jej zakazu. Uwzględnienie emocjonalnego przekazu stało się kluczem do przemiany opinii publicznej.

A to są tylko przykłady na wielką skalę. Najważniejsze założenia deliberacji – dyskusji z postawą deliberatywną – realizować można w codziennym życiu. Wystarczy szczerze rozmawiać o swoich odczuciach i potrzebach, a nie tylko przekomarzać się, „jakie są fakty” i usilnie starć się racjonalizować swoje wybuchy złości. Przestańmy się postrzegać jako istoty wolne od potrzeb i porywów emocji. Ale też bądźmy bardziej wobec siebie życzliwi. Deliberacja w codziennym życiu może mieć nieodzowne walory psychoterapeutyczne, uzdrawiając relacje międzyludzkie. Wystarczy, że przestaniemy ją postrzegać jako coś górnolotnego, właściwego tylko abstrakcyjnemu bezinteresownemu obserwatorowi.

Powyższy tekst jest popularnonaukowym streszczeniem głównego przesłania mojej książki pt. Wszechstronniczość. O deliberacji w polityce zdrowotnej z uwzględnieniem emocji, interesów własnych i wiedzy eksperckiej. W tej pracy omawiam najnowszy dorobek teorii deliberatywnej i to jak wesprzeć nas może w tworzeniu lepszej polityki zdrowotnej. Jednak staram się w niej też wydobyć z tego dorobku pewne wskazówki praktyczne – takie, które przydać się mogą w deliberacji w codziennym życiu.

[1] Termin „postawa deliberatywna” wprowadzili dopiero w 2015 roku David Owen i Graham Smith w tekście Deliberation, Democracy, and the Systemic Turn, „Journal of Political Philosophy” 2015, t. 23, nr 2, s. 213–234.

Podziel się opinią:

Comments

comments

About The Author

Related posts

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *