Nowe artykuły:
Czy możemy deliberować?

Czy możemy deliberować?

Artykuł jest pierwszym z cyklu artykułów rozważających koncepcję demokracji deliberacyjnej. Ma on charakter wstępny, przeglądowy – przypomina podstawowe założenia tego modelu demokracji, szczególnie jej zalety wobec rożnych form  demokracji bezpośredniej (którą – jak wiadomo – w Proggu odrzucamy). W kolejnych artykułach cyklu autor przedstawi bardziej konkretne przykłady istniejącej praktyki deliberacyjnej oraz możliwe strategie implementacji, na przykładzie jednego z polskich miast.

G dy pewien profesor nauk politycznych dowiedział się, że w swojej działalności zajmuje się demokracją deliberacyjną, z lekkim i ironicznym uśmiechem na twarzy zapytał mnie: „a dlaczego zajmuje się pan czymś, co nie ma prawa działać?”. Liczę na to, że ten artykuł nie tylko rozjaśni czytelnikom samą ideę tego modelu demokracji, ale pokaże, że ów profesor się bardzo głęboko mylił.

W dobie coraz gwałtowniejszego oddalania się polityki nie tylko od wpływu i kontroli obywateli, ale – co gorsza! – od najbardziej zajmujących nas spraw, potrzeba zdecydowanych działań, mających za zadanie odwrócić ten trend. O nieskuteczności demokracji reprezentatywnej napisano już wystarczająco wiele, by z krytycznej refleksji móc zrobić krok w przód. Jednym z najciekawszych projektów ostatnich lat, który ma realną szansę radykalnie poprawić jakość naszej polityki, jest demokracja deliberacyjna.

Najważniejsza idea leżąca za tym projektem jest stara jak świat – a przynajmniej świat polityki obywatelskiej. Już w Atenach głównym założeniem demokracji była możliwość zabrania głosu i przedstawienia swoich argumentów przez każdego przedstawiciela demosu. Abstrahując od tego, jak wąsko wówczas definiowana była ta kategoria, to właśnie możliwość wzięcia udziału w publicznej debacie była nie tylko uprawnieniem, ale i ostatecznym czynnikiem konstytuującym „ludzkość” człowieka.

Prawdziwy renesans tej wersji demokracji przyniosły dopiero lata 90. XX wieku, chociaż termin „demokracja deliberacyjna” użyty został w literaturze po raz pierwszy w roku 1980. Następne lata przyniosły zdecydowany rozwój tej idei na poziomie teoretycznego projektu, z największym wkładem włożonym przez niemieckiego myśliciela, Jürgena Habermasa.

Deliberacja w teorii …

U podstaw współczesnej teorii demokracji deliberacyjnej leżą założenia o równości, racjonalności i zdolności komunikacyjnej każdego człowieka. Ściślej: główną siłą napędową prawdziwej demokracji ma być głęboka, rzetelna i racjonalna dyskusja, w której każdy zainteresowany może zabrać głos. Obywatele wykazać się muszą jednak dwiema ważnymi umiejętnościami: mówienia i słuchania. Mówiąc o tej pierwszej, mam na myśli nie tyle umiejętność artykulacji dźwięków i tworzenia poprawnych struktur gramatycznych, co raczej gotowość do wyrzeczenia się wszelkich niemerytorycznych metod dyskusji takich, jak perswazja, manipulacja, oszustwo czy obrażanie interlokutorów. Słuchanie z kolei należy rozumieć jako dyspozycję do przyjmowania stanowisk odmiennych od własnego, na podstawie argumentów i racji wysuwanych przez ludzi, z którymi toczymy spór. Nie jest to zbyt wiele – od kogoś, kto się mieni obywatelem, oczekujemy przecież właśnie uczciwości i otwartości.

W wyniku deliberacji zachodzącej na wielu poziomach – zarówno w nieformalnych sferach takich, jak rodzina czy grupa znajomych, oraz w ramach formalnych instytucji społeczno-politycznych – ma wytworzyć się władza komunikacyjna. Obywatele mają możliwość deliberacji tak długo, aż nie osiągną konsensusu w danej sprawie, która następnie ma być zaimplementowana przez ciała ustawodawcze i zmaterializować się w formie obowiązującego prawa. Zakładając realizację tego procesu, jakich skutków możemy się spodziewać? Owe skutki jednocześnie wyznaczają cztery główne cele omawianego tu modelu demokracji.

Po pierwsze, zradykalizowanie demokratycznej legitymizacji prawa. Decyzja podejmowana na podstawie konsensusu wszystkich obywateli, jest decyzją, która ma najbardziej demokratyczny charakter z możliwych. Co więcej, tak powstałe prawo jest zarówno zrozumiałe, jak i popierane przez wszystkich obywateli, co gwarantuje jego przestrzeganie w znacznie większym stopniu, niż gdy te warunki nie są spełnione. Każde dziecko wie, że chętniej przestrzega się reguł, które sami sobie wybieramy, niż tych z góry narzuconych przez rodziców.

Po drugie, generalnie lepsze prawo. W trakcie niczym nieograniczonej dyskusji, obywatele podejmujący wspólną decyzję mają możliwość zapoznania się ze wszystkimi głosami w danej sprawie, w tym również i argumentami zarówno ekspertów, jak i ludzi codziennie mających styczność z danymi kwestiami. Zgodnie ze znanym porzekadłem, „co dwie głowy to nie jedna”, zatem zasadne jest spodziewać się nie tylko szerokiej krytyki, ale i wielu innowacyjnych pomysłów (występuje efekt synergii). Wiedza, doświadczenie i kreatywność wyzwalają w tej konstelacji wszystkie swoje największe zalety.

Po trzecie, nabycie podmiotowości politycznej. W ten sposób rozumiana demokracja nie wyklucza nikogo z tego tylko powodu, że jest w mniejszości. Chociaż obecnie mamy teoretycznie zagwarantowaną ochronę praw mniejszości, to przecież nie jest to jedyny wymiar naszego egzystowania. Nawet jeśli np. lesbijki i geje mieliby równe prawa z heteroseksualistami, to przecież nie chroni ich to od wykluczenia przez swoją własną społeczność. Udział w deliberacji daje każdemu szansę określenia swojej tożsamości i dania jej wyrazu w sferze publicznej.

I wreszcie po czwarte, w efekcie deliberacji tworzy się prawdziwa wspólnota. Nawet jeśli ostatecznie nie uda się osiągnąć konsensusu, to uczciwe i otwarte potraktowanie naszych interlokutorów – wcześniej politycznych wrogów – pozwoli nam przynajmniej na zrozumienie i zaakceptowanie ich racji oraz zakwalifikowanie ich jako równoprawnych członków właśnie kreowanej wspólnoty. Nie emocjonalne kłótnie pozbawione logicznej argumentacji, a właśnie spokojna i rzetelna deliberacja jest szansą na budowanie mostów i zasypywanie sztucznych i szkodliwych podziałów społecznych.

oraz w praktyce

Praktyka jak zwykle weryfikuje teorię. Zresztą, w tym wypadku nie trzeba nawet empirycznych badań – wystarczy zdrowy rozsądek, by stwierdzić, że powyższe założenia są zbyt idealistyczne i niemożliwe do wprowadzenia w praktyce. System oparty wyłącznie na tak rozumianej, powszechnej deliberacji byłby po prostu dysfunkcjonalny,  nie tylko na poziomie kraju (ktoś jest w stanie wyobrazić sobie 30 milionów ludzi deliberujących na dany temat? A 300 milionów?), ale nawet na poziomie regionalnym czy lokalnym. Co więcej, przy utrzymaniu założenia o konieczności uzyskania konsensusu, podjęcie nawet najprostszej decyzji może ciągnąć się latami, uniemożliwiając funkcjonowanie społeczeństwa – wystarczy wtedy jeden głos sprzeciwu, by zablokować cały proces polityczny. Dodatkowo, dosyć naiwne i niebezpieczne wydaje się być też założenie, że jedynie racjonalne argumenty mogą być używane w trakcie deliberacji. Nie oznacza to jednak, iż należy odrzucić próby wprowadzenia mechanizmów deliberacyjnych w praktyce! Trzeba natomiast z wyżej wymienionymi problemami się zmierzyć, mając ciągle na uwadze ostateczne cele lepszej polityki.

Zdecydowanie należy poszerzyć zakres środków komunikacji, którymi posługiwać się mogą uczestnicy deliberacji. Czasami racjonalne argumenty nie są w stanie oddać całościowego obrazu sytuacji. O wymiarze danego problemu niejednokrotnie dużo lepiej poinformować nas może subiektywna historia opowiedziana przez osobę nim najbardziej dotkniętą, tudzież sprawnie użyta analogia. Co prawda nie jest łatwo uniknąć wtedy posądzenia o pochwałę retoryczności, ale czy naprawdę mamy się czego obawiać? Przecież użycie języka w taki sposób, by wprowadzić pozostałych rozmówców w błąd jest i pozostanie oszustwem (o którym w demokracji deliberacyjnej nie może być mowy), a retorykę wychwalał już Arystoteles, jako „umiejętność odnajdywania w każdej rzeczy tego, co za nią przemawia”.

Kolejną przeszkodą przywoływaną przez krytyków demokracji deliberacyjnej jest konieczność osiągnięcia konsensusu. Oczywistym jest, że to założenie jest z gruntu fałszywe. Ale równie oczywistym jest też to, że każda demokratyczna wspólnota polityczna powinna starać się do niego dążyć, przynajmniej na pewnym poziomie procesu decyzyjnego. Ten model demokracji jedynie sugeruje większe wyeksponowanie tego momentu, jako przynoszącego korzyści dla wszystkich jej celów. Ostatecznie nawet w sytuacji, gdy konsensus nie zostanie osiągnięty, może pojawić się tzw. metakonsensus – opierający się nie na idealnej zgodzie wszystkich ze wszystkimi, ale na zrozumieniu, uznaniu i akceptacji innych poglądów niż własne jako możliwych do tolerowania i uzasadnionego wykorzystania w pozostałych procesach politycznych.

Największym bodaj problemem, przed jakim staje nasza idea demokracji jest problem skali. Ale tak, jak niemożliwa jest deliberacja wszystkich na poziomie kraju czy nawet miasta, tak niemożliwe są sondaże opinii publicznej przeprowadzone na wszystkich ich mieszkańcach (w najbardziej radykalnej formie występują nie jako sondaże, lecz jako wybory czy referenda). Nie oznacza to jednak, że pracownie badań opinii publicznej nie tylko nie funkcjonują, ale nie odgrywają znaczącej roli w życiu politycznym! Dlatego też rozsądna i zgodna z metodologią socjologiczną redukcja skali deliberacji może być rozwiązaniem tego problemu. Tak powstałe ciała nazywa się mini-publikami.

W rozwiniętych demokracjach „zachodnich” pojawiło się kilka przykładów instytucji, które funkcjonują właśnie jako deliberujące mini-publiki. W USA „wymyślone” i dopracowane zostały „sondaże deliberacyjne” (deliberative polls), które następnie zdobyły popularność w wielu innych krajach. Od zwykłych sondaży różnią się tym, że odpowiednio wyselekcjonowane osoby wyrażające swoją opinię, uczestniczą wcześniej w dosyć intensywnej dyskusji na dany temat, mają też dodatkowy czas i materiały eksperckie pozwalające dogłębnie zapoznać się z tematem. Ponadto, w wypadku gdy liczba uczestników sondażu deliberacyjnego jest wysoka, są oni dzieleni na mniejsze grupy, w których łatwiej jest funkcjonować.

W USA dużą popularnością cieszą się „panele obywatelskie” (citizens’ juries). Również są to instytucje składające się z losowo wybranych obywateli, o rozmiarze wahającym się od 12 do 24 członków. Od sondaży deliberacyjnych różni je przede wszystkim wydłużony czas funkcjonowania i silniejszy związek z lokalną społecznością. Również środki, których używają w swojej działalności, są bardziej zaawansowane, gdyż panele obywatelskie mają większą dowolność w zapraszaniu ekspertów, mogą spotykać się z pozostałymi członkami lokalnej społeczności, organizować publiczne wysłuchania itd.

Obrazu najpopularniejszych instytucji deliberujących dopełniają sformułowane odpowiednio w Dani i w Niemczech „konferencje konsensusu” oraz „komórki planujące”. W swoich głównych założeniach nie różnią się one wiele od poprzednich, są to również małe grupy losowo wybranych obywateli (chociaż w wypadku konferencji konsensusu wybiera się z grupy zgłaszających się wcześniej wolontariuszy), które przygotowują i dyskutują nad konkretnymi kwestiami, przedstawiając później swoje wyniki – nawet jeśli nie jest to osiągnięty konsensus – szerokiej publiczności.

Warto zauważyć, że w żadnym z powyższych wypadków, wysuwane propozycje nie są zobowiązujące dla lokalnych czy centralnych władz. Jednak odpowiednia kultura polityczna pozwala na rozgłoszenie danych wyników, a także niejednokrotnie implementację zaleceń owych grup.

Teraz my!

Doświadczenia innych krajów pokazują, że można demokrację deliberacyjną formować od dołu, początkowo na małą skalę. Wrodzony optymizm nakazuje mi wierzyć, że nasze społeczeństwo również jest w stanie udowodnić swoją wartość i w tym wymiarze. Korzystając z wcześniej wypracowanych metod, można rozpocząć deliberację na naszym podwórku, na poziomie gmin, dzielnic i miast. Również, a może przede wszystkim we Wrocławiu – mieście spotkań. Na kilka kwestii należy jednak zwrócić szczególną uwagę.

Po pierwsze, jest to kwestia zaufania i kooperacji między władzami a społeczeństwem. Działalność deliberacyjna jest obarczona ryzykiem z obu stron – obywatele mogą być przekonani, że administracja nie będzie nawet zainteresowana implementacją rozwiązań, od razu zniechęcając się do dalszego działania pod pretekstem jego bezcelowości. Z drugiej strony, władza może być niechętna tego rodzaju rozwiązaniom, bojąc się nie tyle utraty kompetencji, co znacznego wzrostu  ambicji i oczekiwań mieszkańców. Błędem będzie jednak zakładanie z góry złych intencji czy braku wiary drugiej strony. Trzeba jedynie być gotowym na powolne i cierpliwe budowanie relacji wzajemnego zaufania.

Po drugie, potrzeba nam inteligentnego, dyskretnego i rozproszonego przywództwa – na wielu poziomach. Z jednej strony potrzebujemy liderów politycznych, będących w stanie zaakceptować wszelkiego rodzaju działania deliberacyjne i nie traktować ich jak politycznej opozycji, ale jako głosu chcącego z nimi współpracować demosu. Z drugiej, potrzeba nam aktywności liderów społeczeństwa obywatelskiego, którzy, będąc blisko wrażliwej, miejskiej tkanki społecznej, są gotowi do podzielenia się swoją wiedzą, doświadczeniem i pozycją. Ponadto niezwykle ważny jest udział mediów – zarówno tradycyjnych, jak i elektronicznych – których rola w kreacji opinii publicznej jest trudna do przecenienia. W końcu, potrzebujemy też liderów samych jednostek deliberujących, którzy będą najbliżej całego przedsięwzięcia, dynamicznie reagując na zmiany otoczenia, rozwiązując problemy i doprowadzając je do (organizacyjnego) sukcesu. Jednocześnie trzeba pamiętać o tym, żeby nadmiar przywództwa nie zdusił jak najbardziej wolnego i równego przebiegu samej dyskusji, co miałoby zdecydowanie negatywny wpływ na przebieg i wynik deliberacji. Wydaje się jednak, że skomplikowana, wieloosobowa i sieciowa struktura przywództwa na wielu poziomach, przy jednoczesnym uwrażliwieniu na te kwestie w samym procesie deliberacji, jest systemem, który z dużym prawdopodobieństwem może zapewnić wzajemne równoważenie się sił.

Po trzecie, kwestia najbardziej trywialna, ale i prawdopodobnie najważniejsza – finanse. Sam proces deliberacji wymaga pieniędzy, chociażby ze względu na konieczność zapewnienia miejsca spotkania, przygotowania materiałów, zamówienia ekspertyz oraz z powodu innych opłat administracyjnych. Ponadto, jak najbardziej uzasadnione jest wypłacanie uczestnikom deliberacji honorarium, gdyż poświęcają oni swój czas nie dla realizacji własnych pasji, ale pracując na rzecz całej społeczności. Wraz ze wzrostem znaczenia instytucji deliberujących będzie oczywiście rosnąć roczny koszt takich przedsięwzięć. Należy jednak mieć nadzieję, że z czasem finansowanie tych działań z budżetu miasta stanie się tak oczywiste, jak dzisiaj oczywiste jest wypłacanie radnym diet.

Chociaż demokracja deliberacyjna jako ideał wydaje się bardzo nieprawdopodobny i nierealny, to okazuje się, że to pierwsze przekonanie jest błędne. Jeśli uda nam się wykonać kilka pierwszych kroków, możemy przekroczyć punkt krytyczny, za którym ten projekt polityczny nabierze takiego impetu, że stanie się immanentnym elementem naszego życia publicznego. Oczywiście, te pierwsze kroki z pewnością będą trudne i naznaczone wieloma niepowodzeniami, nie ma jednak się co zrażać! Może być tylko lepiej…

Comments

comments

About The Author

http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/90e232f19f4b99221fc053cf463f8130.jpg

Wojtek Ufel ­ - student i ­amator filozofii i politologii, szczególnie zainteresowany koncepcją demokracji deliberacyjnej oraz teorią tożsamości kulturowo­-politycznych. Angażuje się zawsze w kilka projektów naraz; wolontariusz z zamiłowania. W wolnym czasie rozwijając jedną ze swoich licznych pasji, poznając nowych (lub na ­nowo) ludzi, eksperymentując z różnymi instrumentami muzycznymi, żonglując lub po prostu zatapiając się w dobrej lekturze. Wegetarianin, turkofil i miłośnik couchsurfingu. Obszary specjalizacji na portalu progg.eu: demokracja, społeczeństwo, bieżące wydarzenia polityczne.

Related posts

5 Comments

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *