Nowe artykuły:
Wyszperane w urnach…

Wyszperane w urnach…

Nie jestem fanką demokracji przedstawicielskiej w obecnej formie, ale chwilowo zostańmy w zastanym koszyku wyborczym i sprawdźmy czy prócz znanych nam kwaśnych jabłuszek, znajduje się nim coś jeszcze. Na inne koszyki przyjdzie czas.

J aką mamy ordynację wyborcza w Polsce każdy mniej więcej wie… Może częściej: mniej niż więcej, bowiem by zrozumieć szczegóły trzeba by znać się na teorii gier i matematyce wyższej :).

Podsumowując: Do Sejmu mamy ordynację proporcjonalną (nierówne wielomandatowe okręgi wyborcze, z progami wyborczymi 5% dla partii a 8% dla koalicji, listy wyborcze – obecna metoda podziału mandatów d’Hondta korzystniejsza dla dużych partii). Podobnie dla: samorządu, PE. Ordynacja większościowa (większość względna) : jednomandatowe okręgi wyborcze w przypadku wyborów do Senatu oraz wyborów samorządowych do rad gmin do 20 tys mieszkańców. Wreszcie – ordynacja większościowa (większość bezwzględna, dwie tury) w przypadku pierwszej tury wyborów prezydenckich. Podobnie dla: prezydentów miast / wójtów / burmistrzów.

Od dłuższego czasu pojawiały się głosy krytyki dotyczące ordynacji do Parlamentu, ruchy popierające jednomandatowe okręgi wyborcze tzw. JOWy. W przypadku ordynacji do Senatu – w roku 2011 udało im się wprowadzić swój postulat w życie. O plusach i minusach JOWów będę pewnie jeszcze pisać, dziś jednak nie o tym…

Obok tych najczęściej spotykanych, istnieje (bądź  istniało) wiele różnorodnych pomysłów dotyczących ordynacji wyborczych, które warto by poznać i przez chwilę się nad nimi zastanowić:

1. Ordynacja większościowa z głosem  alternatywnym (alternative vote, AV) (np. w Australii).

Głosujący mają możliwość przydzielenia kolejności preferencji w stosunku do kandydatów na liście. Ten sposób głosowania daje większą sposobność wyrażenia swojego zdania wyborcom. Przy nazwisku Pani X stawiamy więc jedynkę, przy nazwisku Pana Y – dwójkę, przy nazwisku Pani Y – trójkę, itd. To pokazuje nasze prawdziwe preferencje o wiele lepiej niż w systemie, gdzie stawia się krzyżyk przy jednym nazwisku, a wszystkie pozostałe automatycznie spadają do kategorii – przegranych. Przy liczeniu głosów, najpierw bierze się pod uwagę osoby z jedynkami. Gdy te osiągną 50% głosów (większość bezwzględna), wchodzą do gry. Gdy nie ma rozstrzygnięcia – schodzi się na poziom dwójek, itd. Koniec końców – zwycięzcy powinni mieć większość bezwzględną, choćby dla niektórych wyborców byli drugą czy trzecią alternatywą.

Tym sposobem mamy też korzyści głosowania wieloturowego w jednych wyborach, co zaoszczędza czas, pieniądze i ogranicza możliwość nieczystej gry kandydatów pomiędzy turami. AV eliminuje możliwość rządzenia kandydatów z poparciem mniejszościowym, np. którzy zdobyli 20%. Zarazem: głosy na mniejsze partie i kandydatów niezależnych nie są głosami zmarnowanymi. Dylemat – na kogo głosować – jest więc trochę mniej bolesny. Np. wiem, że muszę zagłosować na parię A, która jako jedyna może zagrozić nielubianej przeze mnie partii B, ale moim kandydatem jest partia C (z bardzo małymi szansami wygrania). AV daje mi szanse zagłosować na obie. Stawiam 1 przy kandydacie C i 2 przy kandydacie A.  Tym samym AV sprzyja też współpracy partii o podobnych światopoglądach i wzajemnym wspieraniu się na drodze do zwycięstwa.

2. Ważone systemy głosowania

bazują na idei, że nie wszystkie głosy mają tę samą moc. Dzisiaj jest to system rzadko spotykany (np. głosowanie udziałowców firm). W historii zwłaszcza przedemancypacyjnej był jednak dość często spotykany (Belgia, Prusy). Na pierwszy rzut oka  system niedemokratyczny, dzielący ludzi na tych ważniejszych i mniej ważnych. A  może warto przemyśleć to raz jeszcze. Gdyby istniał system punktów, które obywatele mogliby zbierać w danym roku, czy okresie, i wymieniać na wagę swojego głosu podczas wyborów. Za co punkty – oczywiście jest to temat do dyskusji, ale wyobrażam sobie, że za działalność charytatywna, oddawanie szpiku czy krwi, zorganizowanie akcji obywatelskiej służącej społeczeństwu mogłyby znaleźć się na  owej liście. Pewne czyny (przestępcze) mogłyby też zmniejszać wagę głosu poszczególnej osoby.

Takie rozwiązanie motywowałoby do pewnych zachowań pro-obywatelskich, promowałoby zaangażowanie społeczne, pomoc innym ludziom, aktywność w lokalnej społeczności, etc.  Wprowadzenie tej opcji wymagałoby zarazem dojrzałego społeczeństwa,  umowy społecznej, w której godzilibyśmy się na warunkowe uprzywilejowanie jednych względem drugich, ciała obdarzonego zaufaniem społecznym podejmujące decyzje kwalifikujące.

3. 100 punktów wyborczych na wyborcę

Można sobie wyobrazić, że każdy wyborca ma 100 punktów czy 100% do rozdysponowania pomiędzy kandydatów.

Jest to bardzo ciekawa opcja, dająca nam mozliwość: udzielenia identycznego poparcia kilku alternatywnym kandydatom (Kowalski 10 punktów, Nowak 10 punktów,…). Jeśli więc dwóch kandydatów cenię w takim samym stopniu, nie muszę wybierać między nimi. Gdy tymczasem chcę pokazać, że moimi kandydatami są zarówno Kowalski jak i Nowak, jednak Kowalskiego cenię 3 x bardziej niż Nowaka, system stupunktowy daje możliwość przypisania wag do naszego wyboru (Kowalski 30 punktów, Nowak 10 punktów,…). A więc nasze preferencje są nawet lepiej odwzorowane niż w przypadku głosu alternatywnego.

4. Universal citizenship (obywatelstwo uniwersalne)+*

Propozycja przyznania pełnych praw wyborczych od momentu urodzenia wszystkim osobom urodzonym na danym obszarze.  Ponieważ dzieci nie miałyby możliwości wyrażania swoich praw bezpośrednio i  niezależnie, w związku z tym rodzice owych dzieci mieliby prawo egzekwować owe  prawa w ich imieniu do momentu osiągnięcia przez dzieci dojrzałości (16 lub 18 lat).

Takie uzgodnienie wymagałoby ustalenia, które z rodziców bierze ten obowiązek na siebie. Takie rozwiązanie pozwoliłoby brać pod uwagę (przynajmniej symbolicznie) głos przyszłych pokoleń.

5. Rozszerzenie listy kandydatów o  pozycjęŻaden z powyższych (none of the above, NOTA) +

Wydaje się, że takie rozszerzenie listy jest bardzo pożądane. Wyborcy czują, że są traktowani z większym  szacunkiem. Powodują, że wybory stają się bardziej interesujące nawet dla tych  którzy nie widzą wśród kandydatów swoich typów. Dają istotną informację rządzącym i całemu społeczeństwu o sytuacji w Państwie i jakości demokracji.  Można założyć, że gdyby procent wyboru pozycji żaden z powyższych w danym okręgu był znaczący (powiedzmy między 30 a 50%) wymagałoby to powtórzenia wyborów z nowymi kandydatami.

6. Loterie dla wyborców +

Pomysł ten mógłby płynąć na frekwencję wyborczą. Wraz z kartą wyborczą  wydawane były losy a wraz z ogłoszeniem wyników wyborczych, ogłaszano by i zwycięzców loterii. Mogłyby być 3 rodzaje losów: dla głosujących po raz  pierwszych, dla lojalnych wyborców głosujących we wszystkich poprzednich wyborach, w których mieliby bierne prawo wyborcze oraz los dla wszystkich  wyborców. Wygraną byłaby część budżetu, którą dana osoba mogłaby przeznaczyć na określone programy lokalne, organizacje non-profit czy ruchy obywatelskie. Przez okres powiedzmy miesiąca zwycięzca musiałby podjąć daną decyzje ( w czasie którego spotykałby się z zainteresowanymi).

7. Demokracja wewnątrzpartyjna +

Większość partii startujących w demokratycznych wyborach w swej strukturze wewnątrzpartyjnej maja bliżej do dyktatury, niż do demokracji. Kto znajduje się na liście wyborczej, dlaczego i które ma na niej miejsce?  Demokracja wewnątrzpartyjna – wymagałaby jasnych reguł przyjmowania i promowania członków partyjnych; wewnątrzpartyjnych głosowań na kandydatów na listę wyborczą i ich kolejność, obowiązek otwartych spotkań i dyskusji z wyborcami  (np. na sieci). Wybory w USA w pewnym stopniu zawierają ten element (a przynajmniej na to wygląda).

Niezależnie od sposobu wyboru, niezależnie od tego, co będzie na karcie wrzucanej do urny i jak policzą nasze głosy, niewiele się zmieni, gdy system władzy będzie hołdował zasadzie “po odejściu od urny reklamacji nie uwzględnia się przez następne 4-5 lat”.

Równie cynicznym podejściem do tzw. suwerena jest ogłupiająca kampania (przed)wyborcza.

Jakość, estetyka, nachalność, poziom kultury kampanii wyborczych – a przede wszystkim kwota wydawana z podatków publicznych na reklamy przedwyborcze w Polsce – może jednocześnie przerazić i zniesmaczyć.

Istnieją jednak pozytywne przykłady państw europejskich** np. Francja, gdzie potrafiono kwestię tę uporządkować, ujednolicić. Od roku 1990 obowiązuje tam ustawa, która wprowadza m.in.:

a. Zakaz billboardów politycznych.

W każdym mieście istnieje jedynie ściśle określone miejsce, np. przed ratuszem, gdzie można wywiesić plakat wyborczy (1mx1,5m).

b. Reklamy telewizyjne i radiowe faktycznie nie istnieją.

Na 2 tyg. przed wyborami pojawiają się w mediach bloki przedwyborcze, gdzie każda partia ma ten sam czas antenowy. Kolejność wg losowania. Czasu antenowego nie można dokupić. O czasie emisji bloków można dowiedzieć się z programu telewizyjnego.

Łamanie przepisów jest nieopłacalne.

c. Dziennikarze pozostający w związkach z politykami biorą na kilka miesięcy urlop płatny.

d. Zakazane jest zaśmiecanie ulotkami skrzynek wyborców.

Przed wyborami wyłania się w przetargu firmę, która produkuje dla każdej partii takie same druki. Pakiet druków ze wszystkimi partiami biorącymi udział w wyborach dostarczany jest jednorazowo do każdego francuskiego domu.

e. Internet.

Spam wyborczy jest zakazany. Jedynie jeśli zapiszemy się na listę mailingową danej partii będziemy otrzymywać o niej informacje.

f. Telemarketing jest zakazany.

Co spowodowało takie prawo wyborcze – oprócz drastycznego obcięcia kosztów kampanii wyborczej?

Otóż okazało się, że zmusiło ono polityków do powrotu do: „rozmów z dziennikarzami, pisania „projektów dla kraju” […], organizacji think-thanków i klubów politycznych, wspierania instytucji społeczeństwa obywatelskiego, prowadzenia otwartych debat, spotkań, mitingów. Co z kolei wpłynęło na zwiększenie zainteresowanie ludzi polityką i rekordową frekwencję w ostatnich wyborach.

Próby wprowadzenia podobnego rozwiązania w naszym kraju niestety zakończyły się fiaskiem.

Ale wszystko jeszcze przed nami…

* + Idee z Green Paper ‘Reflections on the future of democracy in Europe’  Contributions to The Future of Democracy in Europe Conference Project on “Making democratic institutions work” 17-19 November 2004 Barcelona.

** Z art. Eryka Mistewicza. ‚Reklamy polityczne? Kasa w błoto.’ Dziennik z 10 lutego 2009

Comments

comments

About The Author

http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/da48d50ba473504c5ef63204481a87be.jpg

Joanna Gołębiewska - proggtywistka społeczna głęboko zainteresowana sprawami zrównoważonego rozwoju, demokratycznej edukacji oraz harmonijnego, ekologicznego życia rozwijającego ludzki potencjał. Redaktorka magazynu "Progg Mag" oraz portalu progg.eu. Ukończyła studia na warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, część swojej edukacji odbywając również w Bratysławie i Bergen, obecnie mieszka, pracuje i działa we Wrocławiu. W wolnym czasie poświęca się nauce języków, książkom, podróżom szczególnie w góry, czasem nawet na rowerze. Napisz do mnie

Related posts

2 Comments

  1. http://progg.eu/wp-content/uploads/ap_avatars/a87ff679a2f3e71d9181a67b7542122c.jpg
    Joanna Golebiewska

    Wielkie dzięki!
    Właśnie piszę recenzję jego książki o demokracji uczestniczącej. Przewodnik na pewno się przyda – także przy omawianiu form demokracji bezpośredniej. Powyżej podałam kilka przykładów narzędzi rozszerzających nieco spektrum demokracji przedstawicielskiej.

    Reply

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *